Choć służby czterokrotnie przeszukiwały posesję, na której po raz ostatni widziano kobietę, jej ciało do dziś nie zostało odnalezione. Detektyw Arkadiusz Andała, który zaangażował się w sprawę, nie ma wątpliwości: doszło do zabójstwa. Jego zdaniem kluczowe dowody zostały zaniedbane, a sprawca działał z premedytacją.

Beata Klimek widziana była po raz ostatni 7 października 2024 roku. Monitoring zainstalowany na posesji zarejestrował, jak kobieta opuszcza dom z dziećmi, by odprowadzić je na przystanek. Później wróciła – widzieli ją okoliczni mieszkańcy. Ale co dalej?

Kamera, która miała zarejestrować jej powrót do mieszkania, nagle przestała działać. — Ktoś musiał ją wyłączyć — mówi Andała. Kobieta nie zabrała ze sobą samochodu, a jej telefon zamilkł dokładnie o godzinie 8:40. Detektyw nie ma wątpliwości – to wtedy musiało dojść do tragedii.

Zaraz po zaginięciu, służby nie potraktowały sprawy jako kryminalnej, uznając ją początkowo za „obyczajówkę”. Postępowanie w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa ruszyło dopiero 14 listopada – ponad miesiąc po zniknięciu kobiety.

— Policja popełniła kardynalne błędy. Nie zabezpieczono odcisków palców z bezpieczników ani danych z kamer, które mogłyby potwierdzić manipulację przy urządzeniach – podkreśla detektyw. – Ten miesiąc zwłoki sprawił, że kluczowe dowody przepadły na zawsze.

Choć działania służb z czasem nabrały tempa, poszukiwania nie przyniosły przełomu. Ostatnia akcja miała miejsce 26 marca 2025 roku – na skutek zgłoszenia świadka, który twierdził, że po zaginięciu Beaty widział świeżo usypany kurhan w ogrodzie przylegającym do domu. Na jego szczycie miała leżeć łopata. Niestety, odkryto jedynie zakopaną plandekę.

Wcześniejsze przeszukania obejmowały działkę, okoliczne stawy oraz garaż należący do męża zaginionej – Jana K. Na miejscu pracowały również psy tropiące.

Zdaniem Arkadiusza Andały, we wsi panuje zmowa milczenia, a wiele osób obawia się mówić prawdę. Uważa on, że sprawca mógł od dawna przygotowywać się do zbrodni – znał teren, miał miejsce na ukrycie ciała i odpowiedni moment, by działać.

— To nie była impulsywna decyzja. To był plan – dokładny, zimny i przemyślany — twierdzi detektyw.

Porównuje tę sprawę do głośnego zaginięcia Alicji Cesarz z Chorzowa – tam również nie odnaleziono ciała, a mimo to mąż kobiety został skazany na podstawie poszlak. — Jeśli i tutaj poszlaki się potwierdzą, sprawiedliwość może jeszcze zatriumfować — dodaje Andała.

Arkadiusz Andała wspomina także o niepokojącym zachowaniu Jana K. Mężczyzna miał oprowadzać dziennikarzy i detektywa po domu zaginionej, prezentując bałagan i martwe myszy, by pokazać, że żona była osobą niechlujną. — To nie była zwykła rozmowa. To była próba zbudowania negatywnego wizerunku kobiety, która zniknęła. Nie wyglądało to jak żal po stracie bliskiej osoby — relacjonuje detektyw.

Dodatkowo Jan K. od początku twierdził, że Beata „dobrowolnie opuściła rodzinę i wyjechała do Niemiec do innego mężczyzny”. Tymczasem zarówno rodzina, jak i dzieci zaginionej zaprzeczają tej wersji. — Dlaczego nikt nie zapytał, czy to możliwe? Dlaczego nikt nie zapalił czerwonej lampki? — pyta Andała.

To też może cię zainteresować: Szwagier Andrzeja Dudy ocenił jego prezydenturę. Taka recenzja raczej nie ucieszy prezydenta

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Oddałam synowi wszystko": On oddał mnie do domu opieki