Kobieta relacjonuje, że po pierwszej konsultacji przez wiele godzin czekała na dalszą diagnostykę, nie wiedząc, kiedy zajmie się nimi kolejny lekarz. Po północy miała usłyszeć, że w dokumentacji zaznaczono, iż pacjentów nie ma już na miejscu. Szpital odpowiada, że wszystkie konieczne procedury medyczne wykonano prawidłowo, ale przyznaje: komunikacja z rodziną była niewystarczająca.
Przyjechali na SOR około godziny 13
Do zdarzenia doszło we wtorek 15 września we Wrocławiu.
Matka zgłosiła się z chorym synem na SOR Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Borowskiej około godziny 13. Jak opisywała później w mediach społecznościowych, na pierwszą konsultację czekali około trzech godzin.
Około godziny 16 chłopca zbadał laryngolog. Po konsultacji rodzina miała usłyszeć, że powinna wrócić na szpitalny hol i poczekać na neurologa.
Właśnie wtedy rozpoczął się najdłuższy etap pobytu.
Przez wiele godzin czekali na korytarzu
Według relacji matki od godziny 16 do późnej nocy nie doszło do kolejnej konsultacji.
Kobieta podkreśla, że przez ten czas nikt nie przekazał jej jasnej informacji o przewidywanym czasie oczekiwania ani o tym, kiedy jej syn może zostać ponownie zbadany.
Po północy postanowiła sama zapytać personel, czy rodzina nadal znajduje się w kolejce.
Wtedy, jak twierdzi, odkryła coś, co szczególnie ją zdenerwowało.
Około godziny 00.30 miała dowiedzieć się, że w dokumentacji pojawiła się informacja sugerująca, iż jej i syna nie ma już na miejscu. Kobieta odebrała to jako dowód, że o nich zapomniano.
O 4.30 nad ranem nadal byli na SOR
Matka opublikowała swoją relację około godziny 4.30 nad ranem w środę 16 września.
Wtedy od rozpoczęcia pobytu minęło już ponad 15 godzin.
Ostatecznie kobieta i jej syn opuścili szpital przed godziną 7 rano. Łącznie spędzili więc na SOR prawie 18 godzin.
Nie oznacza to jednak, że przez cały ten czas pacjent nie otrzymał żadnej pomocy. Odbyła się m.in. wcześniejsza konsultacja laryngologiczna, a szpital przekonuje, że w czasie pobytu wykonano również inne czynności diagnostyczne.
Spór dotyczy przede wszystkim długości całego procesu oraz sposobu informowania rodziny o kolejnych etapach.
Szpital: procedury medyczne wykonano prawidłowo
Uniwersytecki Szpital Kliniczny odniósł się do sprawy.
Rzeczniczka placówki Jadwiga Witek przekazała Radiu Wrocław, że według przeprowadzonej weryfikacji procedury medyczne przebiegały prawidłowo.
Jak wyjaśniła, wykonano wiele czynności rozłożonych w czasie. Miały one pozwolić lekarzom ustalić, że stan chłopca nie wiązał się z zagrożeniem życia i ostatecznie pacjent mógł zostać wypisany do domu.
Placówka wskazuje również na wyjątkowo duże obciążenie oddziału.
Tego dnia SOR przyjął około 200 pacjentów
Według informacji szpitala w ciągu tej doby na SOR przy ul. Borowskiej trafiło około 200 osób.
Część z nich znajdowała się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia i wymagała natychmiastowej interwencji.
Na szpitalnym oddziale ratunkowym o kolejności udzielania pomocy nie decyduje wyłącznie godzina przybycia. Pacjenci przechodzą triaż, czyli wstępną ocenę stanu zdrowia, a najpilniejsze przypadki są obsługiwane w pierwszej kolejności.
Szpital wskazuje, że syn kobiety został zakwalifikowany do dalszej diagnostyki, ale jego stan pozwalał na oczekiwanie, podczas gdy lekarze zajmowali się pacjentami wymagającymi pilniejszej pomocy.
Szpital przyznaje: zabrakło jasnej informacji
Placówka nie neguje jednak wszystkich zarzutów matki.
W swoim stanowisku przyznała, że problemem była komunikacja.
Rodzinie nie przekazano wystarczająco jasno, że oczekiwanie na kolejne badania może potrwać bardzo długo z powodu dużej liczby pacjentów i konieczności zajmowania się w pierwszej kolejności osobami w cięższym stanie.
Szpital wyraził ubolewanie z powodu długiego oczekiwania oraz tego, że sytuacja nie została odpowiednio wyjaśniona pacjentom. Zapowiedział również pracę nad poprawą organizacji i komunikacji w tym zakresie.
To ważne rozróżnienie: placówka utrzymuje, że od strony medycznej postępowanie było właściwe, ale jednocześnie przyznaje, że sposób informowania rodziny nie był wystarczający.
Matka złożyła skargę
Kobieta nie zamierza zakończyć sprawy na publicznym opisaniu swoich doświadczeń.
Poinformowała, że złożyła skargę do Rzecznika Praw Pacjenta. Zapowiedziała również kontakt z Dolnośląską Izbą Lekarską.
Podkreśla, że jej zarzuty dotyczą nie tylko samego czasu oczekiwania.
Największy problem miało stanowić poczucie braku informacji i konieczność samodzielnego dopytywania, co dzieje się z dalszą diagnostyką dziecka.
Dlaczego na SOR czas oczekiwania może się zmieniać?
Historia z Wrocławia ponownie zwróciła uwagę na problem, z którym mierzy się wielu pacjentów SOR-ów.
Szpitalny Oddział Ratunkowy nie działa jak zwykła kolejka do lekarza. Osoba, która przyjechała później, może zostać przyjęta wcześniej, jeśli jej stan zostanie oceniony jako bardziej niebezpieczny.
Dlatego nawet podany początkowo orientacyjny czas oczekiwania może się wydłużyć, jeżeli w międzyczasie pojawią się pacjenci po ciężkich wypadkach, z objawami zawału, udaru czy innymi stanami bezpośredniego zagrożenia życia.
W przypadku opisanym we Wrocławiu sam szpital przyznaje jednak, że właśnie takie zasady i wynikające z nich opóźnienie powinny zostać rodzinie znacznie lepiej wyjaśnione.
Prawie 18 godzin w szpitalu
Ostatecznie pobyt matki i syna trwał od około godziny 13 we wtorek do przed godziną 7 w środę.
To właśnie niemal 18-godzinny czas spędzony na SOR, a przede wszystkim wielogodzinny okres bez jasnej informacji o dalszym postępowaniu, wywołały tak duże emocje.
Teraz sprawą ma zająć się Rzecznik Praw Pacjenta, do którego trafiła skarga kobiety.
Szpital natomiast deklaruje, że analizuje kwestię komunikacji z pacjentami i chce poprawić sposób przekazywania informacji w sytuacjach, gdy oczekiwanie na kolejne badania znacząco się przedłuża.Prawie 18 godzin spędziła mieszkanka Wrocławia ze swoim chorym synem na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Borowskiej. Kobieta relacjonuje, że po pierwszej konsultacji przez wiele godzin czekała na dalszą diagnostykę, nie wiedząc, kiedy zajmie się nimi kolejny lekarz. Po północy miała usłyszeć, że w dokumentacji zaznaczono, iż pacjentów nie ma już na miejscu. Szpital odpowiada, że wszystkie konieczne procedury medyczne wykonano prawidłowo, ale przyznaje: komunikacja z rodziną była niewystarczająca.
Przyjechali na SOR około godziny 13
Do zdarzenia doszło we wtorek 15 września we Wrocławiu.
Matka zgłosiła się z chorym synem na SOR Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Borowskiej około godziny 13. Jak opisywała później w mediach społecznościowych, na pierwszą konsultację czekali około trzech godzin.
Około godziny 16 chłopca zbadał laryngolog. Po konsultacji rodzina miała usłyszeć, że powinna wrócić na szpitalny hol i poczekać na neurologa.
Właśnie wtedy rozpoczął się najdłuższy etap pobytu.
Przez wiele godzin czekali na korytarzu
Według relacji matki od godziny 16 do późnej nocy nie doszło do kolejnej konsultacji.
Kobieta podkreśla, że przez ten czas nikt nie przekazał jej jasnej informacji o przewidywanym czasie oczekiwania ani o tym, kiedy jej syn może zostać ponownie zbadany.
Po północy postanowiła sama zapytać personel, czy rodzina nadal znajduje się w kolejce.
Wtedy, jak twierdzi, odkryła coś, co szczególnie ją zdenerwowało.
Około godziny 00.30 miała dowiedzieć się, że w dokumentacji pojawiła się informacja sugerująca, iż jej i syna nie ma już na miejscu. Kobieta odebrała to jako dowód, że o nich zapomniano.
O 4.30 nad ranem nadal byli na SOR
Matka opublikowała swoją relację około godziny 4.30 nad ranem w środę 16 września.
Wtedy od rozpoczęcia pobytu minęło już ponad 15 godzin.
Ostatecznie kobieta i jej syn opuścili szpital przed godziną 7 rano. Łącznie spędzili więc na SOR prawie 18 godzin.
Nie oznacza to jednak, że przez cały ten czas pacjent nie otrzymał żadnej pomocy. Odbyła się m.in. wcześniejsza konsultacja laryngologiczna, a szpital przekonuje, że w czasie pobytu wykonano również inne czynności diagnostyczne.
Spór dotyczy przede wszystkim długości całego procesu oraz sposobu informowania rodziny o kolejnych etapach.
Szpital: procedury medyczne wykonano prawidłowo
Uniwersytecki Szpital Kliniczny odniósł się do sprawy.
Rzeczniczka placówki Jadwiga Witek przekazała Radiu Wrocław, że według przeprowadzonej weryfikacji procedury medyczne przebiegały prawidłowo.
Jak wyjaśniła, wykonano wiele czynności rozłożonych w czasie. Miały one pozwolić lekarzom ustalić, że stan chłopca nie wiązał się z zagrożeniem życia i ostatecznie pacjent mógł zostać wypisany do domu.
Placówka wskazuje również na wyjątkowo duże obciążenie oddziału.
Tego dnia SOR przyjął około 200 pacjentów
Według informacji szpitala w ciągu tej doby na SOR przy ul. Borowskiej trafiło około 200 osób.
Część z nich znajdowała się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia i wymagała natychmiastowej interwencji.
Na szpitalnym oddziale ratunkowym o kolejności udzielania pomocy nie decyduje wyłącznie godzina przybycia. Pacjenci przechodzą triaż, czyli wstępną ocenę stanu zdrowia, a najpilniejsze przypadki są obsługiwane w pierwszej kolejności.
Szpital wskazuje, że syn kobiety został zakwalifikowany do dalszej diagnostyki, ale jego stan pozwalał na oczekiwanie, podczas gdy lekarze zajmowali się pacjentami wymagającymi pilniejszej pomocy.
Szpital przyznaje: zabrakło jasnej informacji
Placówka nie neguje jednak wszystkich zarzutów matki.
W swoim stanowisku przyznała, że problemem była komunikacja.
Rodzinie nie przekazano wystarczająco jasno, że oczekiwanie na kolejne badania może potrwać bardzo długo z powodu dużej liczby pacjentów i konieczności zajmowania się w pierwszej kolejności osobami w cięższym stanie.
Szpital wyraził ubolewanie z powodu długiego oczekiwania oraz tego, że sytuacja nie została odpowiednio wyjaśniona pacjentom. Zapowiedział również pracę nad poprawą organizacji i komunikacji w tym zakresie.
To ważne rozróżnienie: placówka utrzymuje, że od strony medycznej postępowanie było właściwe, ale jednocześnie przyznaje, że sposób informowania rodziny nie był wystarczający.
Matka złożyła skargę
Kobieta nie zamierza zakończyć sprawy na publicznym opisaniu swoich doświadczeń.
Poinformowała, że złożyła skargę do Rzecznika Praw Pacjenta. Zapowiedziała również kontakt z Dolnośląską Izbą Lekarską.
Podkreśla, że jej zarzuty dotyczą nie tylko samego czasu oczekiwania.
Największy problem miało stanowić poczucie braku informacji i konieczność samodzielnego dopytywania, co dzieje się z dalszą diagnostyką dziecka.
Dlaczego na SOR czas oczekiwania może się zmieniać?
Historia z Wrocławia ponownie zwróciła uwagę na problem, z którym mierzy się wielu pacjentów SOR-ów.
Szpitalny Oddział Ratunkowy nie działa jak zwykła kolejka do lekarza. Osoba, która przyjechała później, może zostać przyjęta wcześniej, jeśli jej stan zostanie oceniony jako bardziej niebezpieczny.
Dlatego nawet podany początkowo orientacyjny czas oczekiwania może się wydłużyć, jeżeli w międzyczasie pojawią się pacjenci po ciężkich wypadkach, z objawami zawału, udaru czy innymi stanami bezpośredniego zagrożenia życia.
W przypadku opisanym we Wrocławiu sam szpital przyznaje jednak, że właśnie takie zasady i wynikające z nich opóźnienie powinny zostać rodzinie znacznie lepiej wyjaśnione.
Prawie 18 godzin w szpitalu
Ostatecznie pobyt matki i syna trwał od około godziny 13 we wtorek do przed godziną 7 w środę.
To właśnie niemal 18-godzinny czas spędzony na SOR, a przede wszystkim wielogodzinny okres bez jasnej informacji o dalszym postępowaniu, wywołały tak duże emocje.
Teraz sprawą ma zająć się Rzecznik Praw Pacjenta, do którego trafiła skarga kobiety.
Szpital natomiast deklaruje, że analizuje kwestię komunikacji z pacjentami i chce poprawić sposób przekazywania informacji w sytuacjach, gdy oczekiwanie na kolejne badania znacząco się przedłuża.
To też może cię zainteresować: Życie tych 4 znaków zodiaku może zmienić się o 180 stopni. Najtrudniejszy okres ma dobiegać końca
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Te 3 znaki zodiaku mogą mocno poprawić finanse. Od 16 września otwiera się przed nimi wyjątkowa szansa