Spotykamy się raz w miesiącu i zamiast o marzeniach, słucham o ich dramatach: o niewdzięcznych synowych, o wnukach, które trzeba pilnować w każdy weekend, o mężach, którzy nie potrafią sami zaparzyć herbaty. Siedzą tam, zmęczone, z podkrążonymi oczami, i licytują się, która z nich jest bardziej potrzebna... czyli bardziej wykorzystywana.
– Grażyna, ty to masz tak dobrze, ty nie rozumiesz, co to znaczy mieć prawdziwe problemy – mówią mi z nutką wyższości, która ma ukryć ich własne uwiązanie.
A ja uśmiecham się znad filiżanki gorącej kawy i myślę: „Owszem, mam dobrze. I to był mój świadomy wybór”.
Przełom nastąpił miesiąc temu. Moja bliska przyjaciółka, Maria, zadzwoniła z płaczem. Jej córka wyjechała na wakacje, a ona została z dwójką dzieci, psem i cieknącym kranem.
– Grażynka, błagam, przyjedź. Nie ogarniam tego. Przecież ty nie masz dzieci, ty masz tyle czasu! Pomóż mi, bo oszaleję.
Przez chwilę poczułam ten stary odruch – winę. Przecież powinnam pomóc, prawda? Ale potem spojrzałam na swój bilet do teatru, na który czekałam dwa miesiące. Spojrzałam na nową książkę i przygotowaną kąpiel z olejkami.
– Nie, Mario – powiedziałam spokojnie. – Nie przyjadę. To są twoje wybory i twoje problemy. Ja swój czas już dawno obiecałam samej sobie.
To była najlepsza decyzja w moim życiu. Od tamtej pory przestałam być „pogotowiem ratunkowym” dla koleżanek. Zrozumiałam, że bycie samotną kobietą po 60. to nie jest wyrok – to przywilej. Nie mam dzieci, które oczekiwałyby ode mnie przepisania mieszkania. Nie mam rodziny, która kłóciłaby się o to, u kogo spędzę Wigilię.
Mój dom jest moją twierdzą. Nie ma w nim porozrzucanych zabawek, nie ma kłótni o pilota, nie ma pretensji, że obiad jest za słony. Jest za to spokój, który jest droższy niż złoto. Kiedy rano otwieram oczy, jedyne pytanie, jakie sobie zadaję, brzmi: „Grażyna, na co TY masz dzisiaj ochotę?”.
Widzę ich spojrzenia, gdy idę do kina sama, elegancko ubrana, z uśmiechem na twarzy. Myślą: „Biedna, nie ma nikogo”. A ja patrzę na nie i myślę: „Biedne, nie macie siebie”.
Udowodnię wszystkim, że starość nie musi oznaczać bycia „babcią od brudnej roboty”. Może oznaczać naukę malowania, podróże tam, gdzie nie ma placów zabaw, i długie spacery, podczas których jedynym głosem, który słyszę, jest mój własny. Nie rozwiązuję już cudzych problemów. Przestałam być tłem w czyimś życiu. Po sześćdziesięciu latach służenia światu, w końcu przeszłam na własną emeryturę – emeryturę od cudzych oczekiwań. I to jest po prostu cudowne.
To też może cię zainteresować: ZUS podnosi renty. Ponad milion osób dostanie więcej pieniędzy
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Moi rodzice nie przyszli na mój ślub, bo wyszłam za niesłyszącego": Dla nich stałam się przezroczysta