Kiedy to powtarzała, uśmiechała się tak, jakby to był żart. Ale w jej oczach było coś twardego. Coś, co nie zna kompromisu.

A ja byłam w siódmym miesiącu ciąży.

Siedzieliśmy z mężem w wynajmowanej kawalerce, między łóżkiem a kuchenką, w miejscu, gdzie nawet powietrze było ciasne. W rogu stało złożone łóżeczko dla dziecka, kupione na promocji, bo baliśmy się czekać. Każdego dnia patrzyłam na nie i czułam, jak ściska mnie w gardle.

— Jak my tu zmieścimy malucha? — zapytałam szeptem, bardziej do siebie niż do męża.

On tylko przecierał twarz dłońmi. Był zmęczony, przygaszony. Pracował po godzinach, brał dodatkowe zlecenia, a i tak wszystko wyglądało jak matematyka bez rozwiązania.

— Babcia ma mieszkanie — powiedział w końcu, jakby to było hasło, które od tygodni krążyło między nami. — Dwa pokoje. Blisko przychodni. Blisko sklepu. Ona mogłaby… pójść do domu opieki. Tam miałaby opiekę. My byśmy… wreszcie mieli gdzie żyć.

Wiedziałam, że on ma rację. Merytura babci ledwo starczała na leki, a ona coraz częściej zapominała. Raz zostawiła gaz. Innym razem wyszła po chleb i nie pamiętała, w którą stronę wrócić. Rodzina udawała, że to „starość”. A ja udawałam, że mnie to nie przeraża.

Ale kiedy pojechaliśmy do babci z tą rozmową, świat nagle przestał być logiczny.

Babcia siedziała w swoim fotelu, w swetrze, który pamiętałam z dzieciństwa. Na stole stała herbata i talerz z suchymi herbatnikami. W mieszkaniu pachniało starymi książkami i pastą do podłóg. Pachniało domem, którego nie da się przenieść do „placówki”.

— Babciu — zaczęłam ostrożnie — musimy porozmawiać.

— Wiem — przerwała natychmiast. — Już wiem, po co przyjechaliście.

Mąż spojrzał na mnie, jakby chciał dodać odwagi.

— To nie jest przeciwko tobie — powiedział cicho. — Chodzi o bezpieczeństwo. O opiekę. I… my za chwilę będziemy mieli dziecko.

Babcia uniosła brwi.

— I to znaczy, że mam zniknąć — powiedziała spokojnie. Zbyt spokojnie.

— Nie zniknąć — poprawiłam. — Mieć pomoc. Tam byś miała ludzi, rehabilitację, lekarza…

— A tu mam swoje ściany — ucięła. — Swoje okno. Swój stół. Tu mam waszego dziadka w każdym kącie. Ja nie pójdę do żadnego domu opieki.

W mojej głowie zaczęło pulsować.

— Babciu, ale my nie mamy gdzie mieszkać — wyrwało mi się. — Ja za chwilę urodzę. Nie dam rady w tej kawalerce. Nie mamy pieniędzy na większe. Wiesz, ile kosztuje wynajem?

Babcia popatrzyła na mój brzuch. Na chwilę jej twarz zmiękła. Prawie niezauważalnie.

— Dziecko… — powiedziała, po czym nagle znów stwardniała. — To nie mój problem.

Te trzy słowa spadły na mnie jak policzek.

— Jak to „nie twój problem”? — głos mi zadrżał. — Przecież zawsze mówiłaś, że rodzina jest najważniejsza.

— Rodzina, która mnie wyrzuca? — syknęła. — A ty myślisz, że ja nie rozumiem? Że wy chcecie moje mieszkanie. Tylko tyle.

Wstałam gwałtownie. Krzesło zaskrzypiało o podłogę.

— To nie jest „tylko tyle”! — krzyknęłam, a łzy napłynęły mi do oczu. — Ja się boję! Boję się, że nie dam rady, że coś się stanie dziecku, że będę płakać w nocy i nie będę miała gdzie go położyć, bo tu jest metr na metr!

Babcia patrzyła na mnie długo. W jej oczach pojawiło się coś… nie wiem, czy to była złość, czy przerażenie. Może jedno i drugie.

— Ja też się boję — powiedziała w końcu bardzo cicho.

Zamilkliśmy.

— Boję się, że jak stąd wyjdę — ciągnęła — to już nigdy nie wrócę. Że stanę się numerem na opasce. Że będę czekać, aż ktoś ma czas. Że będę wołać, a nikt nie przyjdzie. Że umrę obok obcych ludzi, a mój dom będzie już nie mój.

Mąż spuścił głowę. Ja nagle poczułam, jak mój gniew miesza się ze wstydem. Bo ja widziałam tylko swoje. Tylko strach o dziecko. A ona widziała swój koniec.

— Babciu… — zaczęłam, ale nie umiałam znaleźć słów.

Babcia wytarła oczy rękawem swetra, jakby nie chciała, żebyśmy zauważyli, że płacze.

— Ja wam nie zabronię żyć — powiedziała. — Ale ja też mam prawo nie kończyć życia jak w magazynie na staruszków.

Te słowa zabrzmiały okrutnie, ale miały w sobie prawdę, której nie dało się zagadać.

Wróciliśmy do domu w ciszy. Mąż prowadził, ja trzymałam dłonie na brzuchu i czułam kopnięcia. Nasze dziecko przypominało o sobie, jakby mówiło: „Czas się kończy”.

Wieczorem zadzwoniła mama męża.

— I co? Zgodziła się? — zapytała bez powitania.

— Nie — odpowiedział mąż.

— To trzeba ją postawić pod ścianą — prychnęła. — Albo dom opieki, albo radźcie sobie sami. Twardo trzeba.

Odłożyłam telefon i poczułam, że robi mi się niedobrze. „Postawić pod ścianą.” Jakby babcia była problemem do przesunięcia, a nie człowiekiem.

W nocy nie spałam. Słuchałam oddechu męża, patrzyłam w ciemność i czułam, jak zbliża się coś nieuniknionego: poród, decyzja, konflikt. A za tym wszystkim stało jedno pytanie:

czy my mamy prawo ratować swoje życie kosztem jej?

Następnego dnia pojechałam do babci sama.

Otworzyła drzwi i od razu widziałam, że jest zmęczona. Jakby całą noc też nie spała.

— Nie przyszłam cię zmuszać — powiedziałam od progu. — Przyszłam zapytać, czy możemy znaleźć inne rozwiązanie. Takie, w którym nie będziesz się bała, a my nie zostaniemy z dzieckiem na walizkach.

Babcia patrzyła na mnie długo. Potem cofnęła się i wpuściła mnie do środka.

— Jakie? — zapytała cicho.

Usiadłyśmy przy stole.

I wtedy pierwszy raz od tygodni poczułam coś, co nie było strachem ani wściekłością.

Nadzieję.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "U synowej w domu był straszny bałagan": Posprzątałam wszystko, a zamiast podziękowania usłyszałam zarzuty

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Powrót Ryszarda Rynkowskiego po trudnym roku. Na scenie mówił wprost o swoim stanie