Pamiętam, jak stała w przedpokoju z jedną walizką, zbyt małą jak na wszystkie obietnice, które w niej niosła.
— Tylko na chwilę — mówiła, zapinając płaszcz. — Pojadę do Wielkiej Brytanii, popracuję, odłożę. Wrócę, kupimy w końcu normalne mieszkanie. Zrobimy to po ludzku.
Byłam wtedy nastolatką. Młodszy brat spał na rozkładanej kanapie, ja na materacu w pokoju, w którym ściany pamiętały jeszcze PRL-owską farbę. „Nowe mieszkanie” brzmiało jak cud — jak coś, co rozwiąże wszystko naraz: wstyd, ciasnotę, kłótnie o każdy metr, strach o jutro.
Mama wyjechała, a my zostaliśmy z babcią i z kalendarzem, na którym skreślałam kolejne dni. Pierwsze tygodnie dzwoniła często. Opowiadała o pracy: sprzątanie, hotel, nocne zmiany, „ale dam radę”. Śmiała się przez telefon, jakby ten śmiech miał nas zabezpieczyć przed tęsknotą.
Potem dzwoniła rzadziej. Zawsze zmęczona. Coraz bardziej zdenerwowana.
— Jest ciężko — mówiła. — Ale trzymam się. Liczę każdy funt.
Wysyłała przelewy. Niewielkie, ale dla nas ogromne. Babcia chowała potwierdzenia do koperty, jakby to były święte obrazki. A ja zaczęłam wierzyć, że to się naprawdę wydarzy. Że będzie dzień, kiedy wejdziemy do mieszkania, które nie będzie pachniało wilgocią. Kiedy mama wróci i znowu będziemy normalną rodziną.
Minął rok. Potem drugi.
— Jeszcze chwilę — powtarzała. — Jeszcze muszę dozbierać.
Mówiła też, że ma kogoś, kto jej pomaga. Że jest „dobry człowiek” w pracy, że podrzuci ją samochodem, że czasem przyniesie coś do jedzenia. Nie pytałam o szczegóły. Wtedy myślałam, że lepiej nie pytać, bo prawda potrafi zniszczyć nadzieję.
A potem pewnego dnia babcia powiedziała:
— Dzwoniła twoja mama. Wraca.
Poczułam, jak serce mi skacze. Wrócę. Wróci. To słowo brzmiało jak otwierające się drzwi.
Przez tydzień sprzątałyśmy mieszkanie, jakby miało się tu zdarzyć coś świętego. Babcia upiekła makowiec. Brat zrobił dla mamy rysunek: „Witamy w domu”. A ja układałam w głowie rozmowę o mieszkaniu. O pieniądzach. O tym, że wreszcie zaczniemy od nowa.
Na dworcu było zimno. Staliśmy na peronie w tłumie ludzi, a ja wypatrywałam jej twarzy. Pociąg się zatrzymał. Drzwi się otworzyły. Ludzie wysypali się jak fale.
I wtedy ją zobaczyłam.
Szła wolniej, jakby była starsza. Na twarzy miała zmęczenie, którego nie znałam. Ale to nie zmęczenie było najgorsze. Najgorsze było to, że pod rozpiętą kurtką miała wyraźnie zaokrąglony brzuch.
Najpierw myślałam, że to złudzenie. Że to warstwy ubrań. Że źle patrzę.
Mama zatrzymała się przed nami. Uśmiechnęła się, ale to był uśmiech kogoś, kto wie, że zaraz rozbije serca.
— Cześć, dzieci — powiedziała.
Babcia pierwsza zauważyła. Oczy jej się rozszerzyły, a dłoń, którą trzymała torbę, zadrżała.
— Marysia… — wyszeptała. — Ty jesteś…?
Mama spuściła wzrok. Kiwnęła głową.
— W ciąży — powiedziała cicho.
Słowo spadło na peron jak kamień. Brat przestał się uśmiechać. Ja poczułam, jak robi mi się słabo.
— A pieniądze? — wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język. — Mamo… miałaś przyjechać z pieniędzmi na mieszkanie.
Jej twarz drgnęła. Zobaczyłam w niej wstyd, ale i jakąś dziwną twardość, jakby przez te lata nauczyła się przeżywać bez proszenia o wybaczenie.
— Nie mam tyle, ile myślałam — powiedziała. — Wysłałam, ile mogłam. Reszta… poszła na życie. I… na lekarzy.
— Na lekarzy? — powtórzyła babcia, jakby to słowo było obce.
Mama przycisnęła dłoń do brzucha, jakby broniła go przed naszymi spojrzeniami.
— To nie było planowane — wyszeptała. — Ja… ja nie chciałam. Ale tak wyszło.
W mojej głowie zaczęły przeskakiwać obrazy: jej rzadkie telefony, jej zmęczony głos, to „dobry człowiek” z pracy. I nagle zrozumiałam, że za tą historią może stać coś, czego nie chcę wiedzieć — samotność, zależność, może przymus. A może zwykła głupota. Nieważne. Efekt był jeden: my przez dwa lata żyliśmy obietnicą, a ona wróciła z czymś, co zmieni wszystko.
— Kto jest ojcem? — zapytałam ostro, bo w moim bólu było też coś okrutnego.
Mama zacisnęła usta.
— Nie będę o tym mówić na peronie — odpowiedziała. — Proszę. Dajcie mi chociaż wejść do domu.
W drodze milczeliśmy. Brat szedł kawałek za nami. Babcia szeptała pod nosem modlitwy, jakby to mogło cofnąć czas. Ja niosłam walizkę mamy, a w środku czułam, że niosę coś cięższego: zawiedzione oczekiwania, wstyd przed ludźmi, gniew, który nie miał gdzie wyjść.
W mieszkaniu mama usiadła przy stole. Babcia postawiła przed nią herbatę, ale nikt jej nie pił. Makowiec stał nietknięty. Rysunek brata leżał na krześle jak dowód naiwności.
— Powiedz prawdę — powiedziałam w końcu. — Co się stało?
Mama zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech.
— Byłam sama — zaczęła. — Pracowałam po dwanaście godzin. Płakałam w łazience, żeby nikt nie widział. Wysyłałam wam pieniądze i mówiłam sobie, że muszę wytrzymać. A potem… poznałam kogoś. Na początku pomagał. Potem… wszystko się skomplikowało.
— „Skupiłaś się na sobie” — syknęłam. — A my tu żyliśmy nadzieją! Myśmy liczyli na ciebie!
Babcia uderzyła dłonią w stół.
— Dziecko, uspokój się!
— Nie! — krzyknęłam. — Bo ja mam dość „uspokajania się” od dwóch lat! Mamo, my nie potrzebowaliśmy cudów. My potrzebowaliśmy prawdy!
Mama otworzyła oczy. Były czerwone.
— Myślisz, że mnie to nie boli? — wyszeptała. — Myślisz, że nie widzę, co wam zrobiłam? Ale ja też jestem człowiekiem. Nie maszyną do zarabiania na wasze marzenia.
Te słowa uderzyły mnie inaczej. Bo nagle zobaczyłam, że ona przez te lata była dla nas planem. Projektem. Nadzieją. A nie kobietą, która marznie w obcym kraju, robiąc najcięższą robotę, żebyśmy mieli lepiej.
Tylko że to zrozumienie nie gasiło bólu. Ono go komplikowało.
— A co teraz? — zapytałam cicho. — Co z mieszkaniem? Co z nami? Co z… tym dzieckiem?
Mama położyła obie dłonie na brzuchu.
— Ja nie wiem — przyznała. — Ale wróciłam, bo nie chciałam rodzić tam. Chciałam być w domu.
Dom. Tylko że ten dom już nie był ten sam. Bo obietnica, na której stał, rozsypała się na peronie.
Babcia zaczęła płakać, cicho, jak człowiek stary, który nie ma już siły na wielkie emocje. Brat wreszcie przyszedł bliżej, spojrzał na brzuch mamy i zapytał:
— To będzie nasz brat?
Mama skinęła głową, a łzy spłynęły jej po policzkach.
I wtedy poczułam, że dramat tej historii nie polega tylko na tym, że nie będzie nowego mieszkania.
Dramat polega na tym, że mama wróciła z dzieckiem, które jest niewinne — a mimo to od pierwszej chwili stanie się symbolem naszej straconej nadziei.
A ja… ja musiałam zdecydować, czy będę patrzeć na to dziecko jak na zdradę, czy jak na kolejne życie, które, tak jak my, nie prosiło o tę sytuację.
I to była najtrudniejsza decyzja ze wszystkich.
To też może cię zainteresować: Zaskakujące wyznanie Faustyny Martyniuk o mężu. Oto prawda o Danielu
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Pilne ostrzeżenie GIS. Produkt może być niebezpieczny