Minęły lata, odkąd formalnie przestałam do nich należeć, ale pamięć o tym, jak mnie potraktowali, nie ma pieczątki rozwodu. Ona zostaje pod skórą.

— Twoja była teściowa jest w szpitalu — powiedział ktoś w słuchawce. — Ciężko. Prawie nikt przy niej nie siedzi.

Pierwszą reakcją była ulga, której się wstydziłam. Druga — złość. Trzecia — coś jak ukłucie, którego nie umiałam nazwać. Bo nawet jeśli ona była dla mnie twarda, niesprawiedliwa, czasem okrutna… była też człowiekiem.

A ja byłam tą, która zawsze „potrafi”.

Siedziałam długo z telefonem w ręku. I wracały do mnie obrazy, których nie chciałam wspominać: jej spojrzenie, kiedy mówiła, że „taka jak ja” nie jest odpowiednia dla jej syna; jej komentarze o mojej pracy, o moim wyglądzie, o tym, że „nie umiem trzymać mężczyzny”; jej milczenie, gdy on mnie zdradził, i to jedno zdanie, które usłyszałam w kuchni, gdy płakałam: „No cóż, widocznie nie byłaś dość dobra”.

I teraz ona leżała w szpitalu.

Nie wiedziałam, czy jadę tam pomagać jej, czy próbuję uratować coś w sobie. Żeby nie być taka, jak oni.

Pojechałam następnego dnia. Szpital pachniał środkami dezynfekującymi i bezradnością. Na oddziale było cicho, tylko od czasu do czasu aparat piknął jak ostrzeżenie. Pielęgniarka spojrzała na mnie z zaskoczeniem, gdy podałam nazwisko.

— Rodzina? — zapytała.

Wahałam się ułamek sekundy.

— Dawna — odpowiedziałam.

Weszłam do sali. Leżała pod cienkim kocem, mniejsza, jakby choroba zabrała jej nie tylko siły, ale i tę pewność siebie, którą zawsze miała w oczach. Twarz miała poszarzałą, usta suche. Jej dłoń, ta sama, która kiedyś potrafiła wskazać mi miejsce „na końcu stołu”, teraz drżała lekko na prześcieradle.

Zatrzymałam się w progu.

Otworzyła oczy. Patrzyła chwilę, jakby nie dowierzała, że to ja.

— Ty? — wyszeptała. Głos miała słaby, ale wciąż rozpoznawalny. — Po co przyszłaś?

To pytanie zabolało. Bo było uczciwe. I bo ono od razu postawiło mur, który znałam z przeszłości.

— Bo nikt inny nie przyszedł — odpowiedziałam równie cicho.

Zaśmiała się krótko, bez siły.

— Oni… mają swoje życie.

„Oni” — jej syn, moje dawne małżeństwo, ludzie, którzy zawsze byli po jej stronie, kiedy ja byłam w tej rodzinie tylko dodatkiem.

Podsunęłam krzesło i usiadłam.

— Przyniosłam wodę i rzeczy z listy pielęgniarki — powiedziałam. — Mogę też załatwić lekarza, dokumenty, cokolwiek trzeba.

Patrzyła na mnie długo. W jej oczach pojawiło się coś dziwnego: nie wdzięczność. Coś bardziej gorzkiego.

— Nie musisz — wyszeptała. — Po tym wszystkim…

No właśnie. Po tym wszystkim.

W gardle stanęły mi słowa, które nosiłam w sobie latami: że mnie upokarzała, że mnie niszczyła, że nigdy nie stanęła po mojej stronie. Że kiedy odchodziłam z walizką w ręku, a ona stała w drzwiach, powiedziała tylko: „I dobrze. Wreszcie spokój”.

A teraz leżała tu i patrzyła na mnie, jakby sama nie wiedziała, czy ma prawo prosić.

— Ja też nie wiem, czy muszę — powiedziałam w końcu. Zaskoczyła mnie własna szczerość. — Cały czas zadaję sobie pytanie, czy pani na to zasługuje.

Jej twarz drgnęła. Jakby dostała policzek, ale nie miała siły oddać.

— I? — wyszeptała. — Zasługuję?

Zamilkłam. Bo odpowiedź była bardziej skomplikowana niż „tak” albo „nie”.

— Nie wiem — przyznałam. — Ale wiem, że ja zasługuję na to, żeby nie być jak pani. I nie być jak wasza rodzina.

Jej oczy zaszkliły się. Przez chwilę w sali było tylko ciche pikanie aparatury.

— Myślałam… — zaczęła, urwała, przełknęła ślinę. — Myślałam, że jak będę twarda, to ochronię syna. Przed błędami. Przed… ludźmi.

— A wyszło tak, że ochroniła go pani przed odpowiedzialnością — odpowiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Zacisnęła powieki. Oddychała ciężko.

— On zawsze był słaby — wyszeptała po chwili. — A ja zawsze udawałam, że jest silny.

To zdanie uderzyło mnie z siłą, której się nie spodziewałam. Bo nagle zobaczyłam, że cała ta rodzinna „potęga” była tylko maską. Że ona też żyła w lęku, tylko przykrywała go kontrolą.

Wstałam, poprawiłam jej poduszkę, podałam wodę. Moje ręce działały mechanicznie, jakby ciało wiedziało, co trzeba zrobić, zanim głowa podejmie decyzję.

— Przyjdę jutro — powiedziałam.

Spojrzała na mnie, jakby nie wierzyła.

— Dlaczego?

I wtedy, po raz pierwszy od lat, powiedziałam prawdę, bez upiększeń:

— Bo nie chcę, żeby pani umierała tak, jak pani żyła — w przekonaniu, że miłość trzeba wymuszać strachem.

Wychodząc z sali, poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Nie były to łzy litości dla niej. To były łzy dla mnie sprzed lat. Dla tej wersji mnie, która stała kiedyś w jej kuchni i próbowała zasłużyć na choć jedno dobre słowo.

Na korytarzu zatrzymałam się przy oknie. Świat na zewnątrz był normalny: ludzie szli do pracy, autobusy jechały, ktoś niósł bukiet kwiatów. A we mnie toczyła się wojna.

Czy ona zasługuje?

Może nie.

Ale ja zasługuję na spokój. Na to, by zamknąć pewien rozdział bez nienawiści. Pomóc jej nie jako „synowa”, nie jako ktoś, kto wciąż próbuje się przypodobać, tylko jako człowiek, który nie chce dłużej dźwigać cudzej ciemności.

I w tym właśnie było najbardziej dramatyczne: że wchodząc do jej sali, nie ratowałam jej.

Ratowałam siebie.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Mąż miał tajemnice, ale ta była najgorsza": Jego sekret miał 5 lat i trochę ponad metr wysokości

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Po pogrzebie mamy brat się zmienił": Kiedy przyszło do spadku, zaczęło się piekło