Dokładnie siedem dni po tym, jak wróciliśmy ze szpitala, a ja wciąż poruszałam się ostrożnie, jakby moje ciało było zrobione z pękniętego szkła.
Stał w przedpokoju, zapinając kurtkę, kiedy karmiłam syna. Płakał. Ja też, tylko ciszej — tak, żeby dziecko nie czuło mojego strachu.
— Nie dam rady tak żyć — powiedział, nie patrząc na mnie. — Ty jesteś ciągle zmęczona, ciągle dziecko, pieluchy, płacz. Ja też mam swoje potrzeby.
To zdanie zapamiętałam na zawsze.
Swoje potrzeby.
Jakby moje potrzeby — snu, pomocy, ciepłego posiłku, zwykłego „jak się czujesz?” — przestały istnieć w chwili, gdy urodziłam jego dziecko. Jakby macierzyństwo było czymś, co zwalnia mężczyznę z odpowiedzialności.
— Przejdzie ci — rzucił jeszcze, zanim zamknął drzwi. — Ogarniesz się. Jesteś silna.
Drzwi się zatrzasnęły. A ja zostałam sama. Z noworodkiem na rękach. Z raną po porodzie. Z lękiem, który wypełniał każdy kąt mieszkania.
Pierwsze tygodnie pamiętam jak przez mgłę. Noc mieszała się z dniem. Karmiłam, przewijałam, płakałam razem z dzieckiem. Telefon milczał. On nie dzwonił. Nie pytał, czy mamy co jeść. Nie zapytał ani razu, czy syn jest zdrowy.
Dowiedziałam się od wspólnych znajomych, że „musi odetchnąć”. Że „spotyka się z kimś”. Że „życie toczy się dalej”.
Moje też się toczyło — między kołyską a łazienką, między strachem a bezsilnością. Ale nikt nie nazywał tego „oddychaniem”.
Minęły trzy miesiące.
Pewnego wieczoru, gdy usypiałam syna, zadzwonił telefon. Jego imię wyświetliło się na ekranie po raz pierwszy od dnia, w którym odszedł.
— Możemy porozmawiać? — zapytał cicho.
Spotkaliśmy się na ławce pod blokiem. Wyglądał… źle. Schudł. Był nerwowy. Unikał mojego wzroku.
— Ona odeszła — powiedział po chwili. — Powiedziała, że nie chce faceta, który porzucił żonę tuż po porodzie. Że jeśli potrafiłem to zrobić tobie, zrobię to każdej.
Słuchałam w ciszy.
— Straciłem pracę — dodał. — Wynajmuję pokój. Jest mi ciężko.
„Ciężko” — to słowo zabrzmiało groteskowo.
— Zrozumiałem, co zrobiłem — ciągnął. — Może… moglibyśmy spróbować jeszcze raz? Dla dziecka.
Spojrzałam na niego po raz pierwszy tego wieczoru.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytałam spokojnie. — Nie to, że mnie zostawiłeś. Tylko to, że wracasz nie dlatego, że mnie kochasz. Wracasz, bo karma przyszła szybciej, niż się spodziewałeś.
Zbladł.
— Ja przez te miesiące nauczyłam się żyć bez ciebie — powiedziałam. — Nauczyłam się nie spać i wstawać. Bać się i iść dalej. Ty nauczyłeś się tylko tego, że świat nie nagradza egoizmu.
Wstałam.
— Masz prawo widywać syna — dodałam. — Ale nie masz prawa wracać do mojego życia tylko dlatego, że twoje się rozsypało.
Odszedł powoli, zgarbiony. Tak samo, jak kiedyś odszedł ode mnie — tylko wtedy zostawił kobietę po porodzie. Teraz zostawiał kobietę, która już wiedziała, ile jest warta.
A karma?
Karma nie krzyczy. Nie mści się teatralnie. Ona po prostu sprawia, że człowiek zostaje sam dokładnie wtedy, gdy najbardziej potrzebuje kogoś obok.
To też może cię zainteresować: Sprawa 4-letniej dziewczynki w Ustce. Nowe ustalenia dotyczą stanu zdrowia syna funkcjonariusza SOP
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Rzuciłam męża dla kochanka, ale to był błąd": Wróciłam do niego na kolanach, we łzach