Kiedy zadzwoniła, jej głos był słaby, przerywany.
— Nie dam rady sama… — powiedziała. — Lekarze, leki… wszystko tyle kosztuje.
Nie zastanawiałam się długo. Była dla mnie jak druga matka. To ona pilnowała mnie po szkole, kiedy moja mama pracowała do późna. To ona piekła mi ciasta na urodziny i przytulała, kiedy coś się waliło.
Jak miałam jej teraz odmówić?
Nie miałam dużo. Właściwie prawie nic. Ale sprzedałam, co mogłam — starą biżuterię, telewizor, nawet odłożyłam czynsz na później. Przelałam jej wszystko.
— Oddam ci — powiedziała przez telefon. — Jak tylko stanę na nogi.
— Nie musisz — odpowiedziałam. — Ważne, żebyś wyzdrowiała.
Przez pierwsze dni dzwoniłam codziennie.
— Jak się czujesz?
— Lepiej… dzięki tobie — mówiła.
Oddychałam wtedy spokojniej.
A potem zaczęła unikać rozmów.
Nie odbierała. Oddzwaniała krótko, jakby była zajęta.
— Mam dużo spraw — tłumaczyła.
Zaczęło mnie to niepokoić.
Po tygodniu pojechałam do niej bez zapowiedzi.
Drzwi otworzyła sąsiadka z naprzeciwka.
— A pani do niej? — zapytała.
— Tak. Coś się stało?
Kobieta spojrzała na mnie dziwnie.
— Przecież ona wyjechała.
Zamarłam.
— Dokąd?
— A skąd mam wiedzieć? Wczoraj wyjeżdżała z walizkami. Mówiła, że „w końcu trochę odpocznie”.
Serce zaczęło mi walić.
— Odpocznie?
— No… chyba na jakieś wczasy. Coś o sanatorium wspominała, ale tak się śmiała, że raczej nie o zdrowie chodziło.
Poczułam, jak robi mi się słabo.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam.
Odebrała.
— Gdzie jesteś? — zapytałam bez wstępów.
Chwila ciszy.
— A… wyjechałam na kilka dni — odpowiedziała.
— Na jakie dni?!
— No… na urlop.
Zacisnęłam dłoń na telefonie.
— Miałaś być chora.
— No byłam… — zawahała się. — Ale lekarz powiedział, że świeże powietrze dobrze zrobi.
— Za moje pieniądze?!
Cisza.
A potem westchnienie.
— Przesadzasz.
To jedno słowo sprawiło, że coś we mnie pękło.
— Oddałam ci wszystko — powiedziałam. — Nie mam na czynsz. Nie mam na jedzenie.
— Nie dramatyzuj — odpowiedziała chłodno. — Przecież to tylko pieniądze.
„Tylko pieniądze”.
— Mówiłaś, że potrzebujesz na leczenie.
— No potrzebowałam… odpocząć.
Zatkało mnie.
— Czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś?
— Pomogłaś mi — odpowiedziała spokojnie. — I powinnaś się cieszyć.
Cieszyć się.
Stałam na klatce schodowej, z telefonem przy uchu, i czułam, jak wszystko we mnie drży.
— Oddasz mi to — powiedziałam w końcu.
— Zobaczymy — rzuciła. — Na razie nie mam.
Rozłączyła się.
Stałam jeszcze chwilę, patrząc w zamknięte drzwi jej mieszkania.
Puste.
Tak jak ja w tamtym momencie.
Wracałam do domu jak w transie. W głowie miałam tylko jedno: jak mogłam być tak ślepa?
Oddałam ostatni grosz, żeby ratować człowieka, który nawet nie był chory.
Który po prostu wykorzystał moją dobroć.
Tego wieczoru usiadłam przy pustym stole. Bez telewizora, bez pieniędzy, z rachunkami, które czekały.
I z jedną myślą, której nie mogłam się pozbyć: że czasem najgorsze nie jest to, że ktoś cię okłamie.
Najgorsze jest to, że robi to ktoś, komu oddałaś wszystko… bez chwili wahania.
To też może cię zainteresować: Świat muzyki żegna wielką postać. Jego piosenka stała się hymnem pokoleń
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Znalazłam miłość po 70., ale dla parafii to był grzech": Proboszcz kazał mi wrócić na klęcznik