Początkowo wiadomo było, że chodziło o fałszywy alarm i siłowe wejście do lokalu. Teraz przedstawiciele MSWiA i straży pożarnej ujawnili więcej szczegółów. Według ich relacji służby reagowały nie na jedno, lecz na dwa dramatyczne zgłoszenia. Pierwsze dotyczyło pożaru i zagrożenia życia dzieci, drugie — zatrzymania funkcji życiowych pod tym samym adresem.

Dwa zgłoszenia pod tym samym adresem

Po niedzielnej odprawie służb wiceszef MSWiA Czesław Mroczek przekazał, że pierwsze zgłoszenie wpłynęło w sobotę, 23 maja, o godz. 19:33. Miało dotyczyć pożaru oraz zagrożenia życia dzieci znajdujących się w lokalu. Na miejsce skierowano trzy formacje: ratownictwo medyczne, straż pożarną i policję.

Sytuacja stała się jeszcze poważniejsza kilkanaście minut później. Jak wynika z informacji przekazanych po odprawie, pojawiło się drugie zgłoszenie. Tym razem miało mówić o zatrzymaniu krążenia dzieci, które rzekomo miały znajdować się w tym samym mieszkaniu. To właśnie ten telefon miał przesądzić o decyzji o wejściu do środka.

Służby próbowały skontaktować się z mieszkańcami

Jednym z najważniejszych nowych wątków są próby kontaktu z osobami, które mogły znajdować się w lokalu. Czesław Mroczek podkreślił, że takich prób było wiele. Służby miały więc najpierw starać się zweryfikować sytuację bez siłowego wejścia.

Szczegóły działań opisał także nadbryg. Wojciech Kruczek, komendant główny Państwowej Straży Pożarnej. Z jego relacji wynika, że przez domofon nie udało się nawiązać kontaktu z osobami wewnątrz. Jednocześnie strażacy nie widzieli oznak pożaru ani zadymienia w budynku.

Strażacy sprawdzali mieszkanie z balkonu

Zanim zapadła decyzja o wejściu do lokalu, strażacy próbowali ocenić sytuację także z zewnątrz. Weszli na balkon, by sprawdzić, czy w mieszkaniu widać ślady zadymienia. Przez jedno z okien można było zobaczyć wnętrze i nie stwierdzono dymu. Drugie okno było jednak zaklejone od środka folią, co ograniczało widoczność.

Według komendanta głównego PSP kluczowe było drugie zgłoszenie, które nie dotyczyło już samego pożaru, lecz możliwego zagrożenia życia. Po informacji o rzekomym zatrzymaniu funkcji życiowych pod tym samym adresem kierujący działaniami ratowniczymi zdecydował, że trzeba wejść do środka i sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje natychmiastowej pomocy.

Alarm okazał się fałszywy

Po sprawdzeniu mieszkania okazało się, że zgłoszenia nie miały potwierdzenia. W lokalu nie stwierdzono pożaru ani obecności osób wymagających pomocy. Służby podkreślają jednak, że przy informacjach o możliwym zagrożeniu życia dzieci nie mogły zignorować alarmu.

Sprawa wywołała duże emocje, ponieważ dotyczyła mieszkania rodziny prezydenta Karola Nawrockiego. Wiceszef MSWiA zaznaczył, że lokal nie podlega ochronie Służby Ochrony Państwa, dlatego działania ratownicze były prowadzone według standardowych procedur stosowanych przy zgłoszeniach o możliwym zagrożeniu życia i zdrowia.

MSWiA zapowiada konsekwencje

Po odprawie Czesław Mroczek zapowiedział, że osoby odpowiedzialne za fałszywe alarmy nie pozostaną bezkarne. Według informacji podawanych przez media sprawa jest traktowana poważnie, bo podobne zgłoszenia mogą angażować wiele służb jednocześnie i odciągać je od prawdziwych zdarzeń.

Fałszywy telefon na numer alarmowy to nie tylko problem polityczny czy medialny. W praktyce uruchamia cały system reagowania: dyspozytorów, ratowników medycznych, strażaków i policję. W tym przypadku służby musiały działać tak, jakby w mieszkaniu naprawdę mogły znajdować się dzieci w stanie zagrożenia życia.

Sprawa będzie dalej wyjaśniana

Najważniejsze pytanie brzmi teraz, kto wykonał fałszywe zgłoszenia i czy były one częścią szerszej serii podobnych incydentów. Służby mają ustalić źródło telefonów oraz sprawdzić, czy zgłoszenia pod tym samym adresem były ze sobą powiązane.

Nowe informacje zmieniają obraz całej sprawy. Nie chodziło wyłącznie o alarm pożarowy, ale o zgłoszenia sugerujące bezpośrednie zagrożenie życia dzieci. To właśnie ten element miał doprowadzić do decyzji o siłowym wejściu do mieszkania. Po wszystkim okazało się, że alarm był fałszywy, ale dla służb najważniejsze było wykluczenie sytuacji, w której ktoś mógł potrzebować natychmiastowej pomocy.

To też może cię zainteresować: Łatwogang zebrał 12 mln zł i nie kończy akcji. Wiadomo, co stanie się z nadwyżką

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Goście i matka pana młodego wyśmiewali pannę młodą za jej wygląd": Nie spodziewali się, co wydarzy się później