Tak jak dawniej, gdy był mały i budził się głodny jeszcze przed dziewiątą. Obieram marchew, kroję pietruszkę, wkładam do garnka porcję rosołową. Rosół musi pyrkać powoli. Tak uczyła mnie moja matka – nie wolno go poganiać.

Kiedyś gotowałam dla trzech mężczyzn. Dla męża i dla dwóch synów. Teraz gotuję dla siebie… i dla jednego, który wpada „na chwilę”.

Odkąd wziął ślub, mam poczucie, jakbym go straciła. Nie umarł. Nie wyjechał za granicę. Mieszka zaledwie trzy ulice dalej. A jednak jest dalej niż kiedykolwiek.

Przyjeżdżają punktualnie o trzynastej. Ona pachnie drogimi perfumami, ma jasny płaszcz i perfekcyjnie ułożone włosy. On – mój syn – stoi obok niej trochę jak gość w moim domu. Dawniej rzucał torbę w kąt i zaglądał do garnka. Teraz mówi:

– Mamo, nie będziemy długo. Wieczorem mamy rezerwację.

Rezerwację. W moich czasach rezerwowało się stolik tylko na wesele.

Stawiam rosół na stole. Taki jak zawsze – klarowny, z domowym makaronem. On je szybko. Zbyt szybko. Jakby odhaczał obowiązek. Jakby bał się, że spóźni się do swojego nowego życia.

– Dobry, mamo – mówi uprzejmie, nie patrząc mi w oczy.

Ona ledwie skubie.
– My raczej nie jemy takich tłustych rzeczy – rzuca z uśmiechem.

Tłustych rzeczy. Ten rosół stawiał go na nogi, gdy miał czterdzieści stopni gorączki. Ten rosół gotowałam, gdy nie było pieniędzy na mięso lepszej jakości, ale chciałam, żeby czuł, że jest dom.

Kiedy wychodzą, zostaje cisza. Na stole stygną talerze. W zlewie cicho kapie woda. W całym mieszkaniu pachnie niedzielą – tylko bez śmiechu.

Pamiętam, jak wracał z podwórka z podartymi kolanami. Jak tulił się do mnie, gdy pokłócił się z kolegą. Jak mówił: „Mamo, zawsze będę z tobą jadł rosół w niedzielę”.

Teraz je go jak przystawkę przed czymś lepszym.

Nie zazdroszczę mu pieniędzy. Cieszę się, że ma ładne mieszkanie, samochód, restauracje, wakacje za granicą. Tak miało być. Po to pracowałam na dwie zmiany. Po to odmawiałam sobie nowych butów.

Ale nie byłam gotowa na to, że w tym „lepszym życiu” nie będzie już dla mnie miejsca.

Ostatniej niedzieli wyszedł jeszcze szybciej niż zwykle.
– Zadzwonię w tygodniu – rzucił przez ramię.

Nie zadzwonił.

Usiadłam przy stole sama. Wlałam sobie rosół do filiżanki, bo nie chciało mi się wyciągać talerza. Był dobry. Jak zawsze. Tylko że smakował inaczej – jak coś, co należy już do przeszłości.

Zrozumiałam wtedy coś bolesnego: dzieci nie odchodzą nagle. One odchodzą po trochu. Z każdą niedzielą, którą skracają. Z każdym „mamy plany”. Z każdym szybkim łykiem rosołu.

Mój syn żyje lepiej. I bardzo dobrze.

Tylko ja zostałam w tym samym miejscu, przy stole, przy garnku, przy wspomnieniach.

I czasem mam wrażenie, że straciłam go nie w dniu ślubu.

Straciłam go w chwili, gdy mój dom przestał być jego domem, a stał się tylko przystankiem między jednym życiem a drugim.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Dostałam wysoką emeryturę, a dzieci od razu chciały mnie naciągnąć": Nie dam im już ani złotówki

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Od 1 marca wyższe emerytury. ZUS podnosi świadczenia