Stałam przy lustrze w łazience, z rozpiętą bluzką i mokrymi włosami związanymi byle jak, bo nie miałam już siły ich suszyć. Pachniałam mlekiem, mydłem i zmęczeniem.
— Wiesz, co jest najgorsze? — rzucił, opierając się o framugę. — Że ty kompletnie przestałaś o siebie dbać.
Odwróciłam się powoli.
— Słucham?
Zmrużył oczy, jakby ważył słowa, ale wcale ich nie ważył.
— Jesteś… straszna. Okropna. Patrzę na ciebie i nie widzę kobiety, w której się zakochałem.
Te słowa nie były krzykiem. Były spokojne. I właśnie dlatego bolały bardziej.
Popatrzyłam na swoje odbicie. Na cienie pod oczami, które pojawiły się razem z nocnym karmieniem. Na brzuch, który jeszcze nie zdążył „wrócić”. Na blizny, o których nikt mnie nie ostrzegł. Na ciało, które przez dziewięć miesięcy było domem dla innego życia.
— Urodziłam dziecko — powiedziałam cicho. — Nasze dziecko.
— No i? — wzruszył ramionami. — Inne jakoś potrafią wyglądać normalnie. A ty chodzisz w rozciągniętych dresach, wiecznie zmęczona, wiecznie niezadowolona.
Normalnie.
W mojej głowie natychmiast pojawił się obraz ostatnich tygodni: nieprzespane noce, gorączka małego ciała przyklejonego do mojego, płacz, który rozrywał mi serce, bo nie zawsze wiedziałam, jak pomóc. I on — śpiący w drugim pokoju, bo „rano musi być wypoczęty”.
— Kiedy ostatnio jadłam na spokojnie? — zapytałam bardziej siebie niż jego. — Kiedy ostatnio wzięłam długi prysznic? Kiedy miałam chwilę, żeby usiąść i po prostu… być?
Parsknął.
— Zawsze znajdziesz wymówkę.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie głośno. Cicho. Jak cienkie szkło.
— To nie są wymówki — odpowiedziałam. — To jest cena. Cena za to, że ktoś musiał zostać silny.
Zrobił krok w moją stronę.
— Ja też mam swoje potrzeby — powiedział. — Chcę mieć żonę, a nie wiecznie zmęczoną matkę.
Matkę. Jakby to było coś wstydliwego.
Spojrzałam na niego i nagle zobaczyłam coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć: nie złość, nie frustrację, tylko obojętność. Brak ciekawości. Brak pytania: „jak się czujesz?”. Brak rąk, które mówią „ja to dźwignę”.
— A ja chciałam mieć męża — odpowiedziałam. — Nie sędziego.
Zapadła cisza. Dziecko zapłakało w pokoju obok. Automatycznie ruszyłam w tamtą stronę, bo ciało reagowało szybciej niż myśli. Zatrzymałam się jednak w połowie.
— Wiesz, co jest naprawdę straszne? — odwróciłam się do niego. — Nie to, że mam zmęczoną twarz. Tylko to, że patrzysz na kobietę, która dała życie twojemu dziecku, i widzisz tylko to, że przestała ci się podobać.
Nie odpowiedział. Stał w miejscu, jakby nagle zabrakło mu gotowych zdań.
Wzięłam dziecko na ręce. Jego ciepło było jedyną rzeczą, która trzymała mnie w pionie.
— Ja nie przestałam o siebie dbać — powiedziałam już spokojnie. — Ja dbałam o nas. O niego. O to, żebyśmy przetrwali. Jeśli to czyni mnie w twoich oczach okropną… to może problem nie leży we mnie.
Przeszłam obok niego bez dotyku. Bez łez. Łzy zostawiłam na później, na noc, kiedy znów będę sama.
Tego wieczoru po raz pierwszy zrozumiałam, że największym dramatem nie jest to, że moje ciało się zmieniło.
Największym dramatem jest to, że on nie potrafił zobaczyć, ile mnie to kosztowało — i jak bardzo w tym wszystkim zostałam sama.
To też może cię zainteresować: Kontrowersje po finale WOŚP. Świadkowie opisują sytuację pod Kościołem
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Moja córka poprosiła, żebym nie przyszła na jej ślub, żeby mógł przyjść jej ojciec": A ja kiedyś nie jadłam, żeby miała wszystko