Leżała na mojej piersi, ciepła i krucha, a ja liczyłam jej oddechy, bo bałam się, że jeśli przestanę, wszystko zniknie. On nie przyszedł. Nie zadzwonił. Położna patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i profesjonalnego dystansu, a ja wiedziałam już, zanim ktokolwiek coś powiedział, że zostałam sama.
Nie chciał córki. Powiedział to kilka miesięcy wcześniej, chłodno, jakby mówił o złej pogodzie. „Syn to co innego” — dodał wtedy, jakby w tym zdaniu mieściło się usprawiedliwienie. Kiedy przyszła na świat dziewczynka, spakował się w milczeniu. Zostawił klucze na stole, obok nieumytej filiżanki po kawie. Drzwi zamknęły się bez trzasku, bez dramatycznych słów. To bolało bardziej niż krzyk.
Lata mijały, a ja nauczyłam się żyć w rytmie jej kroków. Zaczęła chodzić wcześnie, z uporem, który przypominał mi o nim i jednocześnie mnie przerażał. Uczyłam ją wiązać buty, czytać pierwsze słowa, zasypiać bez bajki, kiedy prąd gasł w burzowe noce. Każdego dnia robiłam wszystko, by jej świat był stabilny, prosty, bez pęknięć. A jednak w środku nosiłam pytanie, którego nigdy jej nie zadałam na głos: czy kiedyś zapyta, gdzie jest jej ojciec?
Zapytała. Miała sześć lat. Stałyśmy w kuchni, robiłyśmy naleśniki, a ona nagle, bez zapowiedzi, spojrzała na mnie i powiedziała: „Mamo, a ja mam tatę?”. Łopatka zawisła w powietrzu. Odpowiedziałam prawdą, ale taką, która nie rani: że ma, tylko nie umiał zostać. Kiwnęła głową, jakby przyjęła to do wiadomości, i wróciła do liczenia plamek na suficie. Ja płakałam w łazience, cicho, żeby nie słyszała.
Spotkaliśmy go w parku kilka lat później. Był wczesny październik, liście skrzypiały pod butami, a powietrze miało zapach wilgoci i dymu. Siedział na ławce, pochylony, jakby świat stał się cięższy, odkąd go nie widziałam. Zestarzał się. Włosy miał przerzedzone, ręce nerwowo splatał na kolanach. Gdy podniosłam wzrok, nasze spojrzenia zderzyły się jak dwa kamienie.
Zatrzymałam się. Ona puściła moją dłoń i pobiegła do huśtawek. Patrzył za nią, a w jego oczach pojawiło się coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej — strach. Podszedł bliżej, ostrożnie, jak do dzikiego zwierzęcia.
„To ona?” — zapytał, choć odpowiedź była oczywista.
Skinęłam głową. Serce waliło mi w piersi, ale głos miałam spokojny. Przez te lata nauczyłam się, że spokój jest tarczą.
„Jest… piękna” — powiedział po chwili. To jedno słowo spadło między nami jak ciężar. Nie odpowiedziałam.
Podszedł do huśtawek, zatrzymał się w bezpiecznej odległości. Ona spojrzała na niego z ciekawością, bez lęku, bez pamięci o tym, co się stało, zanim nauczyła się mówić. „Proszę pana, popchnie mnie pan?” — zapytała, naturalnie, jakby prosiła o to słońce.
Zawahał się. Widziałam, jak walczy ze sobą, jak próbuje przypomnieć sobie, jak to jest być potrzebnym. Pchnął huśtawkę delikatnie. Za delikatnie. Za drugim razem odważniej. Ona śmiała się głośno, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka — nie ze złości, ale z żalu za tym, czego nigdy nie było.
Po kilku minutach wróciła do mnie. „Mamo, on jest miły” — powiedziała. Spojrzałam na niego. Czekał, jak skazaniec na wyrok.
„Jest” — odpowiedziałam. Bo to była prawda, choć nie cała.
Usiadł obok mnie. „Przepraszam” — powiedział w końcu. To słowo było spóźnione o lata nieprzespanych nocy, o choroby, o szkolne przedstawienia, na których go nie było. Ale jednak je powiedział.
„Nie mnie powinieneś przepraszać” — odparłam. Wstałam. „Jeśli chcesz być w jej życiu, to nie na ławce w parku i nie na chwilę. Albo zostajesz naprawdę, albo znikasz na zawsze.”
Patrzył na mnie długo, potem na nią. Widziałam, jak decyzja krystalizuje się w jego twarzy — jakby ważył coś bardzo lekkiego, a jednocześnie niewyobrażalnie ciężkiego. Nie powiedział już nic. Wstał powoli, jak człowiek zmęczony samym sobą, i odszedł w głąb parku, między drzewa, które traciły liście.
Nie pobiegła za nim. Huśtawka zatrzymała się sama.
Czekałam. Tego dnia, następnego tygodnia, przez kolejne miesiące. Za każdym razem, gdy wychodziłyśmy do parku, łapałam się na tym, że rozglądam się po ławkach, po znajomych alejkach, po twarzach obcych ludzi. Nigdy więcej się nie pojawił. Nie zadzwonił. Nie napisał. Jakby tamto spotkanie było tylko próbą sumienia, której nie zdał.
To też może cię zainteresować: Waloryzacja emerytur w 2026 roku może być niższa. Nowe dane zmieniają wyliczenia
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Robiłam wszystko, by moja przyszła teściowa nie wtrącała się w nasze życie": Jedna scena wystarczyła, żebym odwołała ślub