Bez pytania. Bez wahania. Bez jednego zdania w stylu „czy dasz radę”. Po prostu fakt.

– Mama została wypisana ze szpitala – oznajmił mąż. – Od jutra masz przychodzić do niej dwa razy dziennie.

Stałam w kuchni z kubkiem herbaty w ręku i przez chwilę nie rozumiałam, co słyszę. „Masz” brzmiało jak rozkaz, nie jak prośba. Jakby ktoś właśnie przydzielił mi etat, którego nigdy nie chciałam.

Teściowa od lat traktowała mnie jak dodatek do życia swojego syna. Nie jak rodzinę. Jak obowiązek. Komentowała, jak gotuję, jak sprzątam, jak wychowuję dzieci. Nigdy nie zapytała, czy jestem zmęczona. Czy czegoś potrzebuję. A teraz, kiedy zachorowała, nagle stałam się kluczowa.

W szpitalu nawet ze mną nie rozmawiano. Lekarka spojrzała na męża i powiedziała, że „trzeba będzie ją doglądać”. On skinął głową. Oczywiście. Ktoś trzeba. A „ktoś” oznaczał mnie.

– Będę pracować – dodał później. – Ty dasz radę.

Zawsze to samo zdanie. Ty dasz radę. Jakby moja wytrzymałość była nieograniczona. Jakby nie liczyło się to, że mam swoją pracę, dzieci, dom, zmęczenie, które zbiera się latami.

Pierwszego dnia poszłam rano. Teściowa leżała w łóżku, patrząc na mnie bez wdzięczności, bez ciepła. Jak na pielęgniarkę, która przyszła spóźniona.

– Wreszcie – powiedziała. – Herbata zimna.

Podałam jej leki. Zrobiłam śniadanie. Posprzątałam kuchnię. Wyszłam po czterdziestu minutach, spóźniona do pracy. Przez cały dzień czułam napięcie w karku, jakby ktoś ciągnął mnie za niewidzialną linę.

Wieczorem poszłam znowu. Te same pretensje. Te same spojrzenia. Te same uwagi, że źle ścielę łóżko i że „syn by to zrobił lepiej”.

Po tygodniu byłam wykończona. Wstawałam wcześniej. Wracałam później. W domu robiłam swoje obowiązki, a potem biegłam do niej. Mąż pytał tylko, czy wszystko załatwione.

Pewnego dnia nie zdążyłam przyjść na czas. Dziecko miało gorączkę. Zadzwoniłam, żeby powiedzieć, że przyjdę później.

– To niedopuszczalne – usłyszałam w słuchawce. – Ja tu leżę chora, a ty zajmujesz się swoimi sprawami.

Swoimi sprawami. Moim dzieckiem.

Odłożyłam telefon i poczułam, że coś we mnie pęka. Nie ze złości. Z bezsilności. Z tego, że nikt nie widzi mnie jako człowieka. Widzą tylko funkcję.

Wieczorem powiedziałam mężowi, że tak dalej nie będzie. Że nie dam rady dwa razy dziennie. Że potrzebna jest pomoc, pielęgniarka, rotacja, cokolwiek.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Przecież to moja mama – powiedział. – Rodzina musi się poświęcić.

Zrozumiałam wtedy, że „rodzina” w jego ustach oznacza mnie. Tylko mnie.

Teściowa leżała w łóżku, a ja stałam między nią a mężem jak most, po którym wszyscy przechodzą, nie patrząc, czy się nie zawali.

Któregoś ranka nie poszłam.

Usiadłam w domu, trzęsącymi się rękami, i zadzwoniłam po pielęgniarkę środowiskową. Zorganizowałam opiekę. Zapłaciłam z własnych pieniędzy, bo nikt inny nie chciał.

Kiedy teściowa się dowiedziała, zrobiła awanturę. Kiedy mąż się dowiedział, powiedział, że jestem bez serca.

A ja pierwszy raz od dawna poczułam coś innego niż zmęczenie.

Poczucie granicy.

To też może cię zainteresować: "Podczas pracy we Włoszech opiekowałam się chorym staruszkiem, który obiecał mi swój dom": Wszystko zmieniło się, gdy pojawiła się jego córka

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Problemy finansowe Telewizji Republika. KRRiT analizuje dalsze losy stacji