To nie jest zdanie na pokaz, to jest coś, co noszę w sobie jak fakt. Ona była przy mnie, kiedy było ciężko, kiedy brakowało pieniędzy, kiedy ojciec zniknął z naszego życia szybciej, niż zdążyłam zrozumieć, co się stało. To ona dźwigała wszystko, a potem jeszcze uśmiechała się, żebym nie widziała jej zmęczenia.
Dlatego właśnie to, co zrobiła teraz, boli mnie podwójnie.
Moja matka ma pięćdziesiąt pięć lat i postanowiła wyjść za mąż.
Powiedziała mi to przy herbacie, tak zwyczajnie, jakby informowała, że zmieniła lekarza rodzinnego. Uśmiechała się, a w oczach miała coś, czego dawno u niej nie widziałam. Lekkość. Zainteresowanie życiem. Taki błysk, który z jednej strony cieszy, a z drugiej przeraża, bo oznacza zmianę.
– Poznałam kogoś – powiedziała. – I chcę zacząć od nowa.
Zacząć od nowa. W jej ustach to brzmiało jak zaklęcie. A ja poczułam, jak w środku robi mi się zimno.
Bo ja też znam tego kogoś.
Nazywa się Marek. Pojawił się jak cień, w odpowiednim momencie. Najpierw był „miłym panem z sąsiedztwa”, który pomagał wynieść śmieci, poprawił zawias w drzwiach, przyniósł jabłka z działki. Potem zaczął wpadać częściej. W końcu był w jej domu tak często, że przestał być gościem.
Nie miałam dowodów, że coś jest nie tak. Miałam tylko instynkt. I to niepokojące uczucie, że on zna moją mamę szybciej, niż ona zna siebie w jego obecności.
Był przesadnie uprzejmy. Zbyt spokojny. Zawsze gotowy. A jednocześnie… kontrolujący.
Zaczęło się od drobiazgów. Zapytał, po co jej samochód, skoro on może ją wozić. Powiedział, że jej koleżanki źle jej życzą i mącą w głowie. Zasugerował, że powinna ograniczyć wydatki, bo „świat się robi drogi”. Zapytał, czy na pewno potrzebuje tyle rzeczy w domu.
Mama śmiała się wtedy i mówiła, że przesadzam. Że on jest troskliwy. Że wreszcie ktoś o nią dba.
A potem zaczęła powtarzać jego słowa, jakby były jej własne.
To nie jest normalne, pomyślałam. To jest jak ciche przejmowanie. Jak powolne przesuwanie granic, aż człowiek budzi się w cudzym planie.
Kiedy oznajmiła mi, że się pobierają, zapytałam odruchowo, czy jest pewna. Czy zna go wystarczająco. Czy to nie za szybko.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłam w jej twarzy coś twardego.
– Jestem dorosła – powiedziała. – Nie będziesz mi mówić, jak mam żyć.
To zdanie uderzyło mnie jak policzek, bo przez całe życie to ja byłam tą, która prosiła ją o zgodę. I nagle role się odwróciły. Nagle stałam się tą, która próbuje ratować, a ona tą, która ucieka w decyzję.
Zaczęłam więc działać. Rozmawiałam z jej przyjaciółkami. Pytałam rodzinę. Słuchałam szeptów, które wcześniej ignorowałam. I wtedy usłyszałam coś, co sprawiło, że naprawdę się przestraszyłam.
Marek już raz był żonaty. Zostawił kobietę, która po ślubie sprzedała mieszkanie i przepisała część pieniędzy na wspólne konto. Potem nagle okazało się, że „wspólne” znaczy „jego”. A ona została z niczym i wstydem, bo komu przyznasz, że dałaś się tak ograć.
Nie wiedziałam, czy to prawda. Ale sama myśl wystarczyła, żeby mnie sparaliżować.
Pojechałam do mamy następnego dnia. W jej kuchni stał bukiet kwiatów. Na blacie leżały katalogi z obrączkami. Mama wyglądała młodziej. I właśnie w tym był dramat, bo widziałam, jak bardzo jej to daje życie, a jednocześnie widziałam, jak bardzo może ją to zniszczyć.
– Mamo – zaczęłam ostrożnie. – Czy ty wiesz o nim wszystko.
Westchnęła, zmęczona już samym moim tonem.
– Znowu to samo. Ty myślisz, że ja jestem głupia.
Nie. Nie myślę, że jest głupia. Myślę, że jest spragniona. Spragniona ciepła, którego przez lata sobie odmawiała. Spragniona bycia ważną dla kogoś nie jako matka, tylko jako kobieta. A głód potrafi człowieka oślepić.
Wtedy wszedł Marek.
Nie zapomnę jego spojrzenia. Nie było w nim strachu ani wahania. Była pewność, że ma tu swoje miejsce. Że to on rozdaje karty.
– Widzę, że znowu ją stresujesz – powiedział spokojnie. – Ona potrzebuje spokoju, nie przesłuchań.
Przesłuchań. Tak nazwał moją troskę.
Mama odwróciła wzrok, jakby to wszystko było nie na miejscu. Jakby mój niepokój był problemem, nie jego obecność.
– Ustalimy wszystko po ślubie – dodał Marek. – Sprzedamy to mieszkanie, kupimy coś mniejszego. Po co ci tyle przestrzeni. Będzie prościej.
Sprzedamy. Ustalimy.
Nawet nie zapytał, czy ja się zgadzam. Nie musiał. Bo wiedział, że ja nie mam tu głosu.
Poczułam, jak we mnie narasta panika.
Bo w tym jednym zdaniu było wszystko. Plan. Pieniądze. Kontrola. I ta straszna łatwość, z jaką mówił o jej domu, jak o rzeczy, którą już ma.
Poprosiłam mamę, żebyśmy porozmawiały same. Marek niechętnie wyszedł na balkon, ale drzwi zostawił uchylone. Żeby słyszeć. Żeby pilnować. Żeby pokazać, że nawet w ciszy ma nad nami władzę.
– Mamo, proszę cię – wyszeptałam. – Nie przepisuj na niego nic. Nie sprzedawaj mieszkania. Nie rób tego tak szybko. Zabezpiecz się. Umowa. Rozdzielność. Cokolwiek.
Mama patrzyła na mnie długo. W jej oczach pojawiły się łzy, ale nie takie, jakie chciałam zobaczyć. To były łzy złości.
– Ty chcesz mi odebrać ostatnią szansę na szczęście – powiedziała.
Ostatnią. Tak to widziała. Jakby pięćdziesiąt pięć lat było końcem świata, a nie początkiem innego rozdziału. Jakby każdy mój argument był próbą zamknięcia jej w samotności.
I wtedy zrozumiałam coś bardzo bolesnego.
Nie walczę z Markiem. Walczę z lękiem mojej matki, że zostanie sama.
A ten lęk jest tak wielki, że może ją popchnąć w ramiona kogoś, kto nie zasługuje nawet na jej zaufanie.
Wróciłam do domu z uczuciem, jakbym przegrała, zanim bitwa się zaczęła. W nocy nie spałam. Wyobrażałam sobie ją po ślubie, kiedy jest już za późno. Wyobrażałam sobie jej dom sprzedany, jej pieniądze rozpłynięte, jej dumę zgniecioną. I tę ciszę, która wtedy wróci do niej jak kara.
Następnego dnia zadzwoniłam i powiedziałam coś, czego nie chciałam mówić.
Powiedziałam, że jeśli naprawdę chce za niego wyjść, to proszę, niech zrobi to mądrze. Niech się zabezpieczy. Niech mnie nie wyklucza. Niech nie pozwoli, żeby ktoś przejął jej życie pod hasłem miłości.
Milczała długo. A potem powiedziała cicho:
– Ja też się boję. Tylko już nie chcę tak żyć jak dotąd.
I wtedy pękło we mnie coś twardego. Bo zobaczyłam, że ona nie jest naiwna. Ona jest zmęczona. A zmęczenie potrafi sprawić, że człowiek bierze to, co jest pod ręką, nawet jeśli to może go zranić.
To też może cię zainteresować: Nie wylewaj wody po gotowaniu warzyw. Ma kilka zaskakujących zastosowań w domu
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Te kolory włosów po 50. roku życia odmładzają najbardziej. Efekt jest widoczny od razu