Bez telefonu. Bez pytania, jak sobie radzimy. Bez prezentu dla wnuka na urodziny, bez kartki na święta, bez tego prostego „jak się czujesz”, które nic nie kosztuje, a potrafi trzymać rodzinę w całości.
A potem mówiła, że tak ma. Że nie lubi się narzucać. Że ma swoje życie.
My też mieliśmy swoje. Tyle że nasze było cięższe.
Po śmierci męża zostałam sama z dzieckiem i mieszkaniem, które trzeba było utrzymać, i codziennością, która nie dawała żadnej taryfy ulgowej. Wtedy teściowa mogła być kimś ważnym. Mogła choć raz stanąć obok mnie, nie przeciwko mnie. Mogła być babcią, prawdziwą, obecną, choćby w drobnych gestach.
Nie była.
Minął tydzień, potem miesiąc. Przyjechała na pogrzeb, w czerni, z twarzą pełną powagi, a potem zniknęła jak cień. Kiedy próbowałam zadzwonić, nie odbierała. Kiedy wysyłałam zdjęcia wnuka, odpowiadała zdawkowo, po kilku dniach, jakby ktoś ją zmuszał do uprzejmości.
W końcu przestałam. Bo ile razy można pukać do drzwi, za którymi nikt nie chce otworzyć.
Mijały lata. Wnuk rósł. Uczył się jeździć na rowerze, chodził do szkoły, miał pierwsze przyjaźnie i pierwsze łzy, których nie da się już uleczyć plasterkiem. Byłam przy tym wszystkim ja. Ja i moje zmęczenie. Ja i mój strach o jutro. Ja i moja uparta decyzja, że mimo wszystko dam radę.
Teściowa żyła gdzieś obok. Jak nazwisko na papierach. Jak fotografia, która blaknie w szufladzie.
Aż minęło dziesięć lat.
Pamiętam ten dzień, bo był zwykły. Zbyt zwykły na to, co miało się wydarzyć. Wróciłam z pracy, wnuk odrabiał lekcje, w kuchni gotowała się herbata. Zadzwonił telefon. Nieznany numer.
Odebrałam.
Najpierw usłyszałam oddech. Potem jej głos, starszy, słabszy, ale wciąż znajomy. Taki, w którym od razu czułam, że dzwoni nie po to, żeby zapytać, jak żyjemy. Dzwoni, bo czegoś potrzebuje.
Powiedziała, że jest chora. Że sama nie daje rady. Że ludzie nie pomagają. Że dzieci są niewdzięczne. Że świat się zmienił i nikt nie ma serca.
Słuchałam, jakby opowiadała o kimś obcym.
A potem padło zdanie, które brzmiało jak rozkaz, choć ubrane było w żal.
Niech moja synowa i wnuk się mną zaopiekują.
Synowa. Nie po imieniu. Wnuk. Jakby należał do niej. Jakby dziesięć lat ciszy było tylko przerwą w rozmowie, a nie decyzją.
Nie powiedziała „przepraszam”. Nie powiedziała „tęskniłam”. Nie powiedziała „żal mi, że mnie nie było”. Powiedziała tylko, co ma się stać.
W tamtej chwili poczułam, jak w środku wraca wszystko, co przez lata próbowałam uciszyć. Tamte wieczory, kiedy płakałam po mężu w łazience, żeby dziecko nie widziało. Tamte dni, kiedy nie starczało pieniędzy i trzeba było wybierać między butami a rachunkiem. Tamte święta, kiedy zostawałyśmy same, a ja udawałam przed dzieckiem, że tak jest normalnie.
I ten jeden fakt, którego nie da się oszukać.
Ona miała dziesięć lat, żeby być babcią.
Przypomniała sobie o wnuku dopiero wtedy, gdy potrzebowała opiekunki.
Powiedziałam spokojnie, że to nie działa w tę stronę. Że opieka to nie jest dług, który się ściąga po latach. Że wnuk nie jest narzędziem do ratowania jej samotności. Że ja nie jestem kobietą od obowiązków, kiedy innym się nie chce.
Wtedy jej ton się zmienił. Jak zawsze, gdy nie dostaje tego, czego chce.
Jak możesz, powiedziała. Przecież ja jestem matką twojego męża.
I znów to samo. Tytuły. Role. Słowa, które mają zastąpić relacje. Jakby nazwisko było miłością, a przeszłość przepustką do żądań.
– Byłaś matką mojego męża – odpowiedziałam cicho. – Ale babcią mojego syna nigdy nie byłaś.
Zapadła cisza. Krótka. Niewygodna.
Potem zaczęła mówić o obowiązku. O tym, co wypada. O tym, co ludzie powiedzą. O tym, że rodzina ma się wspierać.
Słuchałam i nagle zrozumiałam, jak przewrotne jest to słowo w jej ustach. Rodzina. Ona używała go jak klucza, którym chce otworzyć nasze drzwi, kiedy jej jest zimno. A kiedy nam było zimno, nasze drzwi dla niej nie istniały.
Odłożyłam telefon i długo siedziałam w kuchni. Herbata wystygła. Wnuk wyszedł z pokoju i zapytał, kto dzwonił.
Powiedziałam prawdę.
Babcia.
Spojrzał na mnie, jakby to słowo było wspomnieniem, które nie ma kształtu. Jak coś z dawnych opowieści.
Czego chciała, zapytał.
I wtedy poczułam, że najtrudniejsze jest nie to, co ona zrobiła. Najtrudniejsze jest to, co zostawiła po sobie. Dziecko, które nie czuje do babci ani miłości, ani nienawiści. Tylko pustkę. Bo nie da się kochać kogoś, kto pojawia się dopiero wtedy, gdy czegoś chce.
Powiedziałam mu cicho.
Chciała, żebyśmy się nią zaopiekowali.
Wnuk skinął głową. Bez emocji. Jak ktoś, kto rozumie więcej, niż powinien.
To też może cię zainteresować: Prezydent Warszawy o wypadku na Grochowskiej. Trzaskowski zapowiada działania
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Tak Doda naprawdę pomaga zwierzakom. Piotr Adamski zdradza kulisy akcji