Że to jakiś skrót myślowy, żart, nerw. Cokolwiek, byle nie te słowa wypowiedziane przez własną córkę.
Siedziała na brzegu łóżka, w starym szlafroku, z apteczną torebką rozłożoną na kolanach. W środku były pudełka: jedno prawie puste, drugie na ostatnich tabletkach, trzecie… w ogóle niewykupione, bo farmaceutka powiedziała wprost: „Bez dopłaty nie wydam”.
Halina miała drżące ręce. Po chemii i po udarze wszystko drżało – czasem palce, czasem głos, czasem całe ciało. A najbardziej drżało serce, kiedy trzeba było prosić. Nie o luksus. O możliwość oddychania bez bólu.
— Córeczko… ja naprawdę nie mam już z czego — powiedziała cicho. — Dwa leki muszę wykupić dziś. Lekarka mówiła, że nie mogę przerywać.
W telefonie słychać było stukot, jakby córka przekładała coś w samochodzie albo w kuchni.
— Mamo, przestań — prychnęła Kasia. — Dostajesz emeryturę. I jakoś zawsze ci brakuje pieniędzy.
Halina ścisnęła torebkę, aż papier zaszeleścił.
— Bo… rachunki poszły. I rehabilitacja. I pampersy… — głos jej się załamał na tym słowie, bo wstyd palił ją bardziej niż gorączka. — Ja już nie mam jak…
— To niech pani… — zaczęła córka, a potem z pełną świadomością dokończyła to, co Halina będzie słyszeć w głowie całymi nocami: — Potrzebujesz leków, to na nie zarób.
Zapadła cisza. Taka, w której słychać własny oddech i to, jak człowiek nagle starzeje się o kilka lat.
— Kasiu… — wyszeptała Halina. — Ja mam siedemdziesiąt dwa lata. Ja ledwo do łazienki dochodzę.
— To może mniej wydawaj na głupoty — ucięła córka. — Bo jak ja byłam mała, to też nie było łatwo, a jakoś żyliśmy.
Halina poczuła, jak coś w niej pęka. Nie łza. Nie krzyk. Coś twardszego. Jakby pękła ostatnia nitka, którą trzymała się nadziei, że jej dziecko jeszcze ją widzi.
— Jakie głupoty? — zapytała słabo.
— No nie wiem… ciągle ci coś „potrzeba”. A ja mam swoje życie, mamo. Ja nie będę cię utrzymywać.
„Utrzymywać.” Tak, jakby Halina była obcą kobietą spod sklepu, a nie matką, która kiedyś oddała córce swoje ostatnie pieniądze na buty do szkoły, bo „dzieci nie mogą chodzić w dziurawych”.
— Ja cię nie proszę o utrzymanie — powiedziała Halina, czując, jak w gardle rośnie gorzka gula. — Ja cię proszę o trzydzieści złotych do dopłaty. Bo nie mogę bez tych leków.
W słuchawce zabrzmiał przeciągły wydech.
— Dobra. Ale to ostatni raz — rzuciła córka. — I jutro podjedziesz do banku, podpiszesz mi upoważnienie, żebym mogła ogarniać twoje konto, bo ty sobie nie radzisz. Ciągle jakieś braki. Ciągle dramat.
Halina zamknęła oczy.
Upoważnienie. Znowu. To słowo pojawiało się coraz częściej: „daj dostęp”, „podpisz”, „żebym mogła pomóc”. Tylko że „pomoc” Kasi zawsze kończyła się tym samym: Halina miała mniej, a Kasia kupowała sobie coś nowego.
— Ja… zastanowię się — wyszeptała.
— No jasne. Zastanowisz się — córka zaśmiała się krótko, drwiąco. — Dobra, kończę. Mam spotkanie. I nie dzwoń tak często, bo już ludzie myślą, że ja mam jakąś patologię w domu.
I rozłączyła się.
Halina patrzyła na ciemny ekran telefonu tak długo, aż palce jej zdrętwiały. Potem odłożyła go na stolik. Spojrzała na torebkę z apteki. Na kartkę z wypisanymi lekami. Na portfel, w którym zostało dokładnie: dziewięć złotych i pięćdziesiąt groszy.
W kuchni stał czajnik, który pamiętał lepsze czasy. Obok leżała koperta z emeryturą – ta sama, która jeszcze dwa lata temu wystarczała na życie, a teraz topniała od samego oddychania.
Halina wstała. Powoli, ostrożnie. Zrobiła kilka kroków do szuflady. Wyciągnęła plik papierów, które odkładała, bo „nie ma siły” i „później”. Rachunki. Paragony. Wyciągi z konta.
I wtedy zobaczyła coś, co ją zmroziło bardziej niż słowa córki.
Przelewy.
Nie jeden. Nie dwa.
Regularne, co kilka dni: 200 zł, 150 zł, 300 zł.
Tytuły: „zakupy”, „apteka”, „dla mamy”.
A Halina żadnych „zakupów” nie widziała. Żadnej „apteki” poza tą, w której dziś odmówili jej leku.
Serce zaczęło walić jej w piersi, jakby chciało wyrwać się i uciec.
Zadzwoniła do córki jeszcze raz. Tym razem ręce jej nie drżały ze strachu. Drżały ze złości.
Kasia odebrała po trzecim sygnale.
— Co znowu?
— Skąd są te przelewy? — Halina mówiła wolno, wyraźnie. — Na twoje konto. Co kilka dni. „Zakupy dla mamy”.
W słuchawce zapadła krótka cisza, taka sekunda, w której człowiek układa kłamstwo.
— No… bo ja kupuję ci różne rzeczy — powiedziała córka szybko. — Tylko ty nie pamiętasz.
Halina uśmiechnęła się krzywo. Ból i wstyd mieszały się w niej jak trucizna.
— Ja pamiętam bardzo dobrze, co jem i co mam w lodówce — odpowiedziała. — I pamiętam, że wczoraj nie miałam na chleb, a ty mówisz mi, żebym „zarobiła na leki”.
— Mamo, nie zaczynaj… — głos córki stwardniał.
— Nie. Teraz ty posłuchasz — Halina sama nie poznała swojego tonu. Był spokojny. Przerażająco spokojny. — Ja dziś nie wykupiłam leków, bo mi zabrakło. A ty przez ostatnie miesiące brałaś z mojego konta pieniądze „na zakupy”. Powiedz mi prawdę.
— Ty mnie oskarżasz?! — Kasia prawie krzyczała. — Po tym wszystkim, co dla ciebie robię?!
I wtedy Halina zrozumiała mechanizm. Zawsze ten sam: odwrócić role. Zrobić z matki winnego, z siebie ofiarę. Żeby Halina znów przepraszała, że w ogóle żyje.
— Tak — odpowiedziała Halina. — Oskarżam cię. Bo to jest moje konto. Moja emerytura. Moje leki. Moje życie.
— To sobie radź sama! — krzyknęła córka. — Jak zawsze! Ja mam dziecko, kredyt i robotę! Ty tylko bierzesz!
Halina poczuła, jak coś ją ściska w piersi, ale nie pozwoliła sobie upaść.
— Wiesz, co ja brałam, kiedy ty byłaś mała? — powiedziała cicho. — Dodatkowe zmiany. Sprzątanie po godzinach. Kredyt w zakładzie. Brałam wstyd i milczenie, żebyś mogła iść na studniówkę w sukience, której nie było mnie stać. I nigdy nie powiedziałam: „zarób”. Nigdy.
Kasia milczała.
— Jutro idę do banku — dodała Halina. — I odwołuję wszystkie upoważnienia. A potem idę do lekarza i do opieki społecznej, bo ja mam prawo do pomocy. I wiesz co jeszcze mam?
Głos jej lekko zadrżał, ale dokończyła:
— Mam prawo do godności.
Córka parsknęła.
— No to powodzenia.
Rozłączyła się.
Halina siedziała długo w ciszy. W tej ciszy było wszystko: żałoba po córce, którą kiedyś znała, i strach o jutro, i wściekłość, że tyle czasu pozwalała na takie traktowanie, bo „to dziecko”, bo „rodzina”, bo „tak wyszło”.
Wieczorem zadzwoniła sąsiadka z dołu, pani Ela, ta, która czasem przynosiła zupę i pytała, czy Halina ma czym oddychać.
— Halinko, wszystko dobrze? Bo dziś jakoś cię nie było widać.
Halina otworzyła usta i po raz pierwszy nie powiedziała „jakoś leci”. Po raz pierwszy powiedziała prawdę.
— Nie mam na leki — wyszeptała. — A córka powiedziała, żebym na nie zarobiła.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem pani Ela powiedziała cicho:
— Ubierz się. Idziemy do apteki. Ja dopłacę. A jutro idziemy razem do banku. Sama nie będziesz.
Halina rozpłakała się dopiero wtedy. Nie dlatego, że ktoś dał jej pieniądze. Tylko dlatego, że ktoś wreszcie potraktował ją jak człowieka.
I kiedy następnego dnia stała w banku, oparta o laskę, z dokumentami w dłoni, poczuła, że to jest najtrudniejsza rzecz w jej życiu: odciąć własne dziecko od wpływu na swoje życie.
Ale jeszcze trudniejsze było żyć dalej w przekonaniu, że miłość musi boleć.
Gdy wychodziła z banku, telefon zawibrował. Wiadomość od Kasi:
„Nie odzywaj się do mnie, dopóki nie przeprosisz.”
Halina spojrzała na ekran, a potem schowała telefon do torebki.
Tym razem nie przeprosiła.
Bo prawda była taka: schorowana matka nie potrzebuje lekcji zaradności.
Potrzebuje leków. I serca.
A jeśli serca nie ma… to trzeba ratować siebie, zanim zabraknie nie tylko pieniędzy, ale i oddechu.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Przyjaciółka nie zmywała naczyń przez tydzień": Zaskoczyło mnie to tak, że nie mogłam milczeć
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Nowe napięcia w Pałacu. Pojawiły się ostre komentarze na temat księżnej Kate