Za tymi drzwiami zostały moje dzieci – płaczące, wołające mnie, nie rozumiejące, dlaczego mama odchodzi. A ja nie obejrzałam się ani razu. Szłam prosto przed siebie, z walizką w ręku i obcym mężczyzną u boku. W tamtej chwili wierzyłam, że uciekam od piekła codzienności. Dziś wiem, że zostawiłam swoje serce za tym progiem.
Byłam przekonana, że znalazłam miłość, której zawsze mi brakowało. On mówił, że jestem wyjątkowa, że przy nim znów zakwitnę. Obiecywał nowe życie – pełne wolności, radości i namiętności. I ja, głupia, w to uwierzyłam.
Mijały lata. Tamten mężczyzna odszedł, tak jak przyszedł – nagle, bez tłumaczenia. Zostałam sama, a wtedy dopadła mnie prawda. Zrozumiałam, że zdradziłam nie tylko męża, ale i własne dzieci. Dorastały beze mnie, uczyły się chodzić, mówić, płakały i cieszyły się – wszystko beze mnie. A ja? Byłam tylko wspomnieniem, cieniem matki, której zabrakło, gdy najbardziej jej potrzebowały.
Teraz, gdy stoję czasem pod ich domem i widzę z daleka ich dorosłe już twarze, serce rozpada się na kawałki. Myślę o tym, jak zapukać, jak wejść i powiedzieć: „wróciłam, wybaczcie mi”. Ale boję się, że usłyszę słowa gorsze niż najgorsze milczenie – że jestem im obca.
I wtedy pytam siebie: czy można wrócić po latach, kiedy zostawiło się najbliższych dla złudzenia? Czy istnieje jeszcze dla mnie miejsce w rodzinie, którą sama porzuciłam?
Bo wiem jedno – najcięższe więzienie to życie z własnym sumieniem.
To też może cię zainteresować:
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: