Miałam męża, który potrafił mnie rozśmieszyć w najgorszy dzień, i przyjaciółkę, z którą znałyśmy się od liceum. Była przy mnie na studiach, na moim ślubie, trzymała mnie za rękę, gdy rodziłam.

Kiedy zaczęli się świetnie dogadywać, byłam naprawdę szczęśliwa.

– To cudowne, że się tak polubiliście – mówiłam, patrząc, jak żartują przy stole.

Ona wpadała do nas coraz częściej. Najpierw na kawę. Potem „przypadkiem” w godzinach, gdy mnie nie było w domu.

– Wpadłam pożyczyć książkę – tłumaczyła.
– Podrzuciłem jej dokumenty do pracy – dodawał mąż.

Nie widziałam nic złego. Przecież byli dorośli. Przecież to moja przyjaciółka.

Czasem nawet czułam ulgę, że nie muszę być jedynym towarzystwem dla mojego męża. Że mają wspólne tematy, że atmosfera w domu jest lżejsza.

Zaczęło się od drobiazgów.

On nagle zmienił hasło w telefonie.
Ona przestała opowiadać mi o swoich randkach.
Zaczęli kończyć rozmowy, gdy wchodziłam do pokoju.

– Przewrażliwiona jesteś – mówił. – To tylko twoja wyobraźnia.

Chciałam wierzyć.

Aż do dnia, kiedy wróciłam wcześniej z pracy.

Drzwi były uchylone. W salonie paliło się światło. Usłyszałam śmiech.

Ich śmiech.

Nie ten swobodny, towarzyski. Cichy. Bliski. Intymny.

Zatrzymałam się w korytarzu. Serce waliło mi tak głośno, że bałam się, że mnie usłyszą.

Weszłam.

Siedzieli za blisko siebie. Jej ręka spoczywała na jego kolanie. Jego dłoń na jej biodrze.

W jednej sekundzie świat się rozpadł.

– Co wy robicie? – zapytałam, choć odpowiedź była oczywista.

Oderwali się od siebie jak przyłapane dzieci.

– To nie tak… – zaczęła.

– Właśnie tak – przerwałam.

Najgorsze nie było to, że mnie zdradzili.

Najgorsze było to, że zrobili to razem.

Mój mąż. Moja przyjaciółka.

Dwoje ludzi, którym ufałam najbardziej.

– Nie planowaliśmy tego – powiedział cicho. – To się po prostu stało.

„Stało się”. Jakby to była burza. Przypadek. Wypadek losowy.

– Od kiedy? – zapytałam.

Milczeli.

Milczenie było odpowiedzią.

Później dowiedziałam się, że to trwało miesiącami. Wspólne kawy. Wspólne „rozmowy”. Wspólne tajemnice. Kiedy ja pracowałam, kiedy dzwoniłam do niej, by pożalić się na zmęczenie, ona słuchała… a potem przychodziła do mojego domu.

Zaczęłam przeglądać wiadomości. Setki. Pełne czułości. Planów. Żartów ze mnie.

Ze mnie.

– Ona cię nie rozumie tak jak ja – pisała.

Czułam, jak coś we mnie umiera.

Nie było wielkiej awantury. Nie było rzucania talerzami.

Była cisza.

On wyprowadził się tydzień później. Do niej.

Zostałam sama w mieszkaniu, w którym jeszcze niedawno czułam się bezpiecznie. Każdy kąt przypominał mi ich wspólne spojrzenia, których nie chciałam widzieć.

Najgorsze jest to, że czasem tęsknię. Za nim. Za nią. Za tym, co myślałam, że mam.

Byłam szczęśliwa, że się dogadują.

Nie sądziłam, że właśnie dlatego przestanę mieć jedno i drugie.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Poświęciłam wszystko, by opiekować się mamą": Gdy pomyślałam o sobie, nazwała mnie egoistką

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Zawsze ją ratowałam": Dziś dorosła córka nadal żyje z moich pieniędzy