Syn miał osiem.

Pamiętam dzień pogrzebu. Stałam nad trumną i powtarzałam sobie jedno zdanie: „Dam radę”. Nie miałam wyboru. Musiałam dać.

Pierwszą pracę zaczynałam o szóstej rano – sprzątałam biura. Drugą kończyłam po dwudziestej – kasa w supermarkecie. Między jedną a drugą odwoziłam syna do szkoły, robiłam zakupy, odrabiałam z nim lekcje.

Nie pamiętam wielu rzeczy z tamtych lat. Pamiętam zmęczenie. Pamiętam strach, czy starczy do pierwszego. Pamiętam, że nigdy nie pozwoliłam mu zobaczyć, jak płaczę.

– Będziesz miał lepiej niż my – mówiłam mu wieczorami.

I miał.

Nowy plecak, korepetycje, obozy językowe. Komputer, gdy wszyscy już mieli. Studia w innym mieście, opłacone z moich nadgodzin i sprzedaży biżuterii, którą dostałam w dniu ślubu.

Byłam dumna.

Kiedy kończył studia, wyobrażałam sobie, że wreszcie odetchnę. Że wrócę do jednego etatu. Może pojadę gdzieś pierwszy raz od lat. Może wymienię kanapę, która pamiętała jeszcze czasy mojego małżeństwa.

On wrócił do domu „na chwilę”.

– Tylko dopóki czegoś nie znajdę – powiedział.

Minął rok.

– Rynek jest trudny, mamo.

Minęły dwa.

– To nie jest praca dla mnie. Nie po takich studiach.

Minęło pięć.

Miał trzydzieści lat i wciąż mieszkał w swoim dawnym pokoju. Wciąż jadł kolacje, które gotowałam po pracy. Wciąż mówił „pożyczysz?”, jakby pieniądze rosły na mojej zmęczonej twarzy.

– Mamo, ty i tak masz stałą pensję – rzucił kiedyś lekko.

Stałą.

Tak, stałą. Od dwudziestu dwóch lat. Bez urlopów marzeń, bez chorowania, bez luksusu zmęczenia.

Ostatnio przyniósł do domu kolejną „wizję biznesu”. Potrzebował kapitału.

– To inwestycja – tłumaczył. – W końcu stanę na nogi.

Patrzyłam na niego i widziałam małego chłopca, którego tuliłam po śmierci ojca. Ale widziałam też dorosłego mężczyznę, który nauczył się, że zawsze go uratuję.

– Nie dam ci – powiedziałam cicho.

Zamarł.

– Jak to nie dasz?

– Nie dam. Masz trzydzieści lat. Czas, żebyś sam zapłacił rachunki.

W jego oczach pojawiła się złość.

– Po to mnie wychowywałaś? Żeby mnie teraz wyrzucić?

Te słowa bolały bardziej niż wszystkie podwójne zmiany.

– Wychowywałam cię, żebyś był silny – odpowiedziałam. – A zrobiłam z ciebie kogoś, kto czeka, aż matka wszystko załatwi.

Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Usiadłam przy stole, tym samym, przy którym liczyłam kiedyś drobne, żeby kupić mu buty na WF. I po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie zapłakać.

Nie wiem, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo go chroniłam. Czy za mało wymagałam. Czy chciałam mu oszczędzić bólu, który sama znałam aż za dobrze.

Wiem tylko jedno.

Tyrałam na dwa etaty, żeby miał dobre życie.

Nie po to, żeby całe dorosłe życie żył na mój koszt.

I choć serce mi pęka, wiem, że jeśli teraz nie przestanę go ratować, nigdy nie nauczy się pływać.

A ja nie mam już siły być jego jedyną tratwą.

To też może cię zainteresować: Poruszający finał pogrzebu Bożeny Dykiel. Ten gest żałobników zapadnie w pamięć

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Poświęciłam wszystko, by opiekować się mamą": Gdy pomyślałam o sobie, nazwała mnie egoistką