Każda firanka, każdy kwiat w ogrodzie i każda rysa na kuchennym blacie miały swoją historię. Kiedy mój mąż, Stanisław, zmarł, dom stał się dla mnie za duży i zbyt pusty. Gdy więc syn z synową zaproponowali, żebym przepisała im nieruchomość, a oni w zamian zaopiekują się mną do śmierci, poczułam ulgę.

— Mamo, po co masz być sama? — mówił Marek, gładząc mnie po ręce. — Wyremontujemy górę, a ty będziesz miała swój przytulny kącik na dole. Blisko wnuków, blisko nas.

Ufałam mu. Przecież to mój jedyny syn. Podpisałam dokumenty u notariusza z sercem pełnym nadziei. Nie wiedziałam, że właśnie podpisałam na siebie wyrok.

Zaczęło się niewinnie. Najpierw synowa, rzucając krótkie „przepraszam”, wyniosła z salonu mój ulubiony fotel, bo „nie pasował do nowoczesnego wnętrza”. Potem w mojej kuchni zaczęły rządzić obce porządki. Moje garnki wylądowały w piwnicy, a ja czułam się jak intruz we własnych ścianach.

Najgorsze przyszło pół roku później. Synowa zaszła w drugą ciążę.


— Mamo, musimy pogadać — zaczął Marek, unikając mojego wzroku. — Potrzebujemy twojego pokoju na sypialnię dla dziecka. Ale spokojnie, wymyśliliśmy coś genialnego.

Tym „genialnym” rozwiązaniem okazała się ocieplona przybudówka w ogrodzie, która kiedyś służyła jako schowek na kosiarkę i narzędzia.

Kiedy Marek wprowadzał mnie do komórki, czułam, jak pęka mi serce. Wstawili tam stare łóżko, mały grzejnik i szafkę.


— Tu będziesz miała spokój, mamo. Nikt nie będzie ci tupał nad głową — powiedziała synowa z tym swoim sztucznym uśmiechem, zatrzaskując za mną drzwi.

Siedziałam na tym twardym materacu, patrząc przez małe okienko na mój własny dom, w którym teraz paliły się jasne, nowoczesne światła. Słyszałam ich śmiechy, dźwięk telewizora i brzęk talerzy. Ja dostałam plastikowy talerz z zimną kolacją, przyniesiony „w biegu”.

Najbardziej zabolało mnie, gdy usłyszałam, jak wnuczek pyta: „Tato, dlaczego babcia mieszka w domku dla narzędzi?”. Marek odpowiedział tylko: „Ciii, babcia tak lubi”.

Przez kilka tygodni płakałam do poduszki, czując potworny wstyd. Wstyd przed sąsiadami, przed koleżankami z koła gospodyń. Ale pewnego ranka, gdy obudził mnie szron na szybie, a grzejnik znów odmówił posłuszeństwa, coś we mnie pękło. Przestałam być „biedną babcią”. Przypomniałam sobie, że jestem kobietą, która ten dom zbudowała własnymi rękami.

Nie zrobiłam awantury. Cicho, w niedzielne popołudnie, gdy syn z synową przyjmowali gości na tarasie, wyszłam z mojej komórki. Miałam na sobie najlepszy płaszcz i dokumenty od prawnika w torebce.

— Co ty tu robisz, mamo? Wracaj do siebie, mamy gości — syknął Marek.

Spojrzałam mu prosto w oczy, tak jak wtedy, gdy był małym chłopcem i kłamał, że odrobił lekcje.


— Ten „kącik”, który mi przygotowałeś, Marku, nadaje się dla kosiarki, nie dla matki. Skoro dom jest już twój, to ciesz się nim. Ale prawo dożywocia, które podpisałeś, ma swoje zasady. Albo wracam do swojego pokoju dzisiaj, albo sprawa trafia do sądu o rażącą niewdzięczność.

Zapadła cisza. Goście patrzyli na niego z niedowierzaniem. Marek wiedział, że nie żartuję. Tego wieczoru moje rzeczy wróciły na dół. Nie jest idealnie, synowa ledwo się do mnie odzywa, a w domu panuje chłodna atmosfera. Ale kiedy wieczorem kładę się w swoim łóżku, w prawdziwym pokoju, wiem jedno: miłość do dzieci nie może oznaczać utraty szacunku do samej siebie.

Drogie panie, pamiętajcie: przepisujcie domy, ale nigdy nie oddawajcie kluczy do własnej godności. Czasem „kącik”, który nam obiecują, ma tylko cztery ściany z desek i zimną podłogę.

To też może cię zainteresować: Kamil Stoch żegna się ze skocznią. Kwota emerytury olimpijskiej budzi zazdrość

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Ale on od lat sypia z kobietami": Gdy sąsiadka przyznała, że wszyscy wiedzą o zdradach mojego męża, chciałam zapaść się pod ziemię