Siedem tysięcy trzysta dni, podczas których budziłam się z jednym pytaniem: „Jak one teraz wyglądają?”. Kiedy mój syn ożenił się z Beatą, nie spodziewałam się, że wybiera kobietę, która uczyni z nienawiści do mnie swoją życiową misję. Beata odcięła mnie od wnuczek, gdy starsza miała trzy lata, a młodsza była jeszcze w pieluchach.

– Nigdy ich nie zobaczysz – syknęła mi w słuchawkę podczas naszej ostatniej rozmowy dwie dekady temu. – Zrobię wszystko, żeby wiedziały, że ich babcia jest potworem. Dla nich nie istniejesz.

Mój syn, stłamszony i słaby, milczał. Przez dwadzieścia lat wysyłałam listy, które wracały nieotwarte. Kupowałam prezenty, które pewnie lądowały w śmietniku. Moim jedynym oknem na ich świat były rzadkie zdjęcia z mediów społecznościowych, które podsyłały mi życzliwe koleżanki. Patrzyłam, jak dorastają, kończą szkoły, uśmiechają się do obcych ludzi – a ja umierałam z tęsknoty w swojej samotnej kuchni.

W zeszły wtorek, kiedy słońce powoli zachodziło, usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. W progu stały dwie młode kobiety. Jedna miała moje oczy, druga – uśmiech mojego zmarłego męża.

– Babciu? – zapytała starsza, a jej głos drżał. – To my. Ania i Julia.

Poczułam, jak nogi uginają się pode mną. Stały tam, dorosłe, piękne i... obecne. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez dwadzieścia lat ćwiczyłam tę scenę w głowie, a teraz zabrakło mi tchu.

Siedziałyśmy przy tym samym stole, przy którym kiedyś ich matka zapowiedziała mi wojnę. Okazało się, że Beata przez lata budowała obraz babci-potwora. Mówiła im, że ich nienawidzę, że się ich wyrzekłam, że jestem chora psychicznie.

– Mama mówiła, że nigdy nie przysłałaś nawet kartki na urodziny – powiedziała Julia, wyciągając z torebki stare, pożółkłe koperty. – Ale kilka miesięcy temu, kiedy mama wyjechała, znalazłyśmy na strychu zamknięte pudło. Było pełne twoich listów. Niektóre miały daty sprzed piętnastu lat. Były tam też pieniądze, które odkładałaś na nasze studia.

Okazało się, że wnuczki okazały się mądrzejsze niż ich matka. Zamiast ślepo wierzyć w nienawiść, zaczęły drążyć. Skontaktowały się z moim synem, który w końcu, po latach uległości, wyznał im prawdę o tym, jak Beata manipulowała całą rodziną.

– Przyszłyśmy sprawdzić, czy to, co pisałaś w tych listach, to prawda – szepnęła Ania, biorąc mnie za rękę. – Że zawsze będziesz na nas czekać.

Płakałyśmy we trzy przez wiele godzin. Tęsknota, która przez dwadzieścia lat wypalała mi dziurę w sercu, nagle zaczęła się zabliźniać. Beata myślała, że wygrała, niszcząc moją teraźniejszość, ale nie przewidziała, że jej córki odziedziczą po mnie upór i potrzebę sprawiedliwości.

Moje wnuczki nie są już dziećmi, których pieluchy chciałam zmieniać. Są mądrymi kobietami, które potrafiły przejrzeć przez mur kłamstw. Umierałam z tęsknoty przez połowę mojego życia, ale dzisiaj, patrząc jak parzą herbatę w mojej kuchni, wiem jedno: warto było żyć choćby po to, by usłyszeć to jedno słowo: „babciu”, wypowiedziane z miłością, której nikt nie zdołał zabić.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Mąż zostawił mnie dla 22-latki": Gdy zobaczył mnie w sądzie pół roku później, o mało nie zemdlał z zazdrości

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Mąż skąpił mi na wszystko": Chodziłam w dziurawych butach, a na podpaski musiałam prosić