Okno w domu opieki wychodziło na parking – szary, betonowy plac, który w Wigilię pokrył się cienką warstwą brudnego śniegu. Pan Antoni nie patrzył na choinkę stojącą na korytarzu, nie słuchał kolęd puszczanych z trzeszczącego magnetofonu przez pielęgniarki. Patrzył na każdą wjeżdżającą bramę samochodu, czując, jak serce za każdym razem przyspiesza, by po chwili opaść w głuchym zawodzie.
Na kolanach trzymał stare, czarno-białe zdjęcie. Na nim on – młody, silny, z dłońmi czarnymi od smaru, i trójka jego dzieci śmiejących się do obiektywu.
Wszystko, co w życiu zrobił, było dla nich. Przez trzydzieści lat brał każdą nadgodzinę w kopalni, by synowie mogli skończyć studia, a córka miała najpiękniejsze wesele w okolicy. Odmawiał sobie nowych butów, by oni mieli markowe plecaki. Sprzedał ukochaną działkę po ojcu, by dołożyć im do wkładu własnego na mieszkania w stolicy.
– Mamo, tato, jak tylko się urządzimy, weźmiemy was do siebie – mówili wtedy, ściskając go za ramiona.
Obietnica wyblakła szybciej niż farba na ścianach ich nowych domów. Gdy żona Antoniego zmarła, dom stał się dla dzieci „problemem logistycznym”. Szybko ustalili, że w domu opieki będzie miał „profesjonalną opiekę i towarzystwo rówieśników”. Antoni nie protestował. Chciał, żeby byli szczęśliwi. Nie chciał być ciężarem.
W pokoju rozległ się dźwięk dzwonka. Antoni drżącą ręką sięgnął po telefon.
– Cześć tato! Słuchaj, wesołych świąt! – głos najstarszego syna był szybki, wypełniony gwarem rozmów i brzękiem sztućców w tle. – Przepraszamy, że nas nie ma, ale wiesz, jak jest... Dzieciaki chciały na narty, a potem lecimy do teściów. Wyślemy ci paczkę po nowym roku, dobra? Trzymaj się, pa!
Sygnał przerwanej rozmowy brzmiał jak wyrok. Antoni nie zdążył nawet zapytać, czy wnuki pamiętają jeszcze zapach jego tytoniu. Nie zdążył powiedzieć, że w tym roku kupił im małe upominki, które teraz leżały schowane pod łóżkiem, owinięte w szary papier.
Pielęgniarka weszła do pokoju z tacą, na której leżał opłatek i miseczka z barszczem. Spojrzała na seniora z litością, której Antoni nienawidził bardziej niż samej samotności.
– Panie Antoni, może wyjdzie pan do wspólnej sali? Sąsiedzi czekają.
– Nie, dziękuję, pani Basiu – szepnął, nie odrywając wzroku od ciemniejącego parkingu. – Spodziewam się gości. Mogą przyjechać w każdej chwili, muszę ich widzieć przez okno.
Skłamał. Wiedział, że nikt nie przyjedzie. Wiedział, że dla nich jest już tylko przelewem na konto ośrodka, wspomnieniem, które wywołuje lekkie ukłucie sumienia raz w roku.
Wziął kawałek opłatka i przełamał go nad zdjęciem.
– Za wasze szczęście, dzieci – szepnął do pustego pokoju. – Za wszystko, co wam dałem, i za wszystko, czego mi nie oddacie.
Gdy za oknem rozbłysła pierwsza gwiazdka, Antoni zamknął oczy. Był zmęczony czekaniem. Całe życie poświęcił na budowanie domów dla innych, by na koniec zostać człowiekiem bez własnego adresu w ich sercach.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Wydałam fortunę na ubranka dla siostrzenicy": Gdy zobaczyłam, co siostra z nimi zrobiła, serce mi pękło
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Polska żegna legendę. Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko