Dom po śmierci męża był zbyt cichy, zbyt pusty. „Mamo, tylko na chwilę, dozbieramy na wkład własny i znikamy” – obiecywał. Postawiłam dwa proste warunki: w domu się nie pali i szanujemy ciszę nocną, bo wciąż pracuję i potrzebuję snu.

Przez pierwsze dwa tygodnie było jak w bajce. Wspólne kolacje, śmiechy. Ale gdy tylko poczuli się pewnie, atmosfera zaczęła gęstnieć.

Zaczęło się od drobiazgów. Brudne naczynia w zlewie „na później”, które stały tam trzy dni. Głośna muzyka o północy, mimo że o szóstej rano dzwonił mój budzik. Gdy zwracałam uwagę, Monika tylko przewracała oczami, a Robert rzucał: „Mamo, nie bądź taka sztywna, przecież jesteśmy u siebie”.

Jednak prawdziwy dramat wydarzył się wczorajszego wieczoru.

Wróciłam z pracy zmęczona i już w progu uderzył mnie zapach, którego nie znosiłam – ciężki, duszący dym papierosowy. Weszłam do salonu i zamarłam. Na mojej nowej, jasnej kanapie siedziała Monika z koleżanką. Obie paliły, popijając wino, a popiół strzepywały prosto do talerzyka po cieście.

– Co wy robicie? – wykrztusiłam, otwierając okno. – Przecież wiecie, że w tym domu się nie pali! Mam astmę, mówiłam o tym pierwszego dnia!

Monika powoli wypuściła dym prosto w moją stronę.

– Boże, mamo, ale ty robisz sceny. Jest zimno na balkonie, nie będziemy tam stać. Poza tym, my tu teraz też mieszkamy, mamy prawo do odrobiny luzu. Robert nie ma z tym problemu.

W tym momencie wszedł Robert. Patrzył na mnie, potem na papierosa w ręku swojej żony i... wzruszył ramionami.

– Daj spokój, mamo. Wywietrzy się. Nie możesz nas wiecznie kontrolować jak dzieci. Płacimy ci przecież te trzysta złotych miesięcznie, więc chyba możemy czuć się tu swobodnie?

– Swobodnie? – poczułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. – Trzysta złotych nie kupuje wam prawa do niszczenia mojego zdrowia i mojego domu. To są moje zasady. Albo ich przestrzegacie, albo...

– Albo co? – przerwała mi Monika z drwiącym uśmiechem. – Wyrzucisz jedynego syna na bruk? Przez jednego papierosa? Nie bądź śmieszna, cała rodzina by cię zjadła.

Stałam we własnym salonie, czując się jak intruz. Robert odwrócił się do mnie plecami i usiadł obok żony, biorąc od niej papierosa. To był ten moment – chwila, w której zrozumiałam, że mój syn przestał być moim sojusznikiem, a stał się okupantem mojego spokoju.

– Macie rację – powiedziałam nienaturalnie spokojnym głosem. – Nie wyrzucę was przez jednego papierosa. Wyrzucę was, bo przestaliście mnie szanować.

Podeszłam do szafki, wyjęłam ich torby podróżne, które wciąż leżały w przedpokoju, i rzuciłam je na środek dywanu.

– Macie godzinę. Jeśli po tym czasie wasze rzeczy nie znikną z mojego domu, wystawię je na klatkę i wymienię zamki. Robert, rodzina może mnie „zjeść”, ale przynajmniej będę mogła oddychać we własnym domu.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, w mieszkaniu zapadła najcięższa cisza, jaką kiedykolwiek słyszałam. Było mi smutno, ale po raz pierwszy od miesiąca wzięłam głęboki oddech. Bez dymu, bez strachu i bez poczucia, że jestem sługą we własnych czterech ścianach.

To też może cię zainteresować: Zmiany w Wielkim Tygodniu. Watykan ogłosił decyzje papieża

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Te znaki zodiaku poczują przełom. 7 lutego może zmienić ich życie