Jako sprzątaczka w biurowcach zarabiałam na każdy podręcznik mojej córki, Natalii, na jej korepetycje i wymarzone studia. Moje plecy bolały co noc, a kolana trzeszczały, ale kiedy patrzyłam na moją „księżniczkę”, czułam, że ten trud ma sens.

Natalia skończyła prawo. Zaczęła obracać się w „lepszym towarzystwie”. Znalazła narzeczonego – syna znanych lekarzy. Cieszyłam się jej szczęściem, dopóki nie zaczęły się przygotowania do ślubu.

Czekałam na zaproszenie. Wyobrażałam sobie, jak kupię skromną, elegancką sukienkę i po raz pierwszy od lat poczuję się jak kobieta, a nie jak pomoc domowa. Jednak tygodnie mijały, a Natalia unikała tematu.

– Mamo – powiedziała w końcu, nie patrząc mi w oczy, gdy odwiedziłam ją w jej nowym, sterylnym apartamencie. – To będzie bardzo eleganckie wesele. Rodzina Piotra to elita. Oni... oni są bardzo krytyczni.

– Co chcesz przez to powiedzieć, kochanie? – zapytałam, czując nagły chłód w sercu.

– Chcę powiedzieć, że... może byłoby lepiej, gdybyś nie przychodziła. Powiedziałam im, że mieszkasz za granicą i nie możesz przyjechać. Nie zrozumieją, że sprzątasz biura. To zrujnuje mój wizerunek na starcie. Proszę, zrozum mnie. Zrobię ci osobną kolację, tylko my dwoje, później.

W dniu ślubu nie zostałam w domu. Nie mogłam. Pojechałam pod kościół, chowając się za grubym filarem, w moich starych ubraniach, których Natalia tak bardzo się wstydziła. Widziałam, jak wysiada z limuzyny – wyglądała jak anioł. Widziałam jej teściów w drogich garniturach i jej męża, który patrzył na nią z uwielbieniem.

Poczułam się jak duch. Kobieta, która zbudowała jej życie, stała teraz w cieniu, ukrywając swoje czerwone od chlorku dłonie w kieszeniach kurtki.

Kiedy goście weszli do środka, podeszłam do pustej limuzyny. Zauważyłam, że na chodniku leży biała wstążka, która odpadła od bukietu. Podniosłam ją. W tym momencie drzwi kościoła otworzył jeden z gości – młody prawnik z kancelarii Natalii.

– Hej, pani! Czego tu szukasz? – rzucił z wyższością. – To prywatna uroczystość. Sprzątać będzie można jutro, teraz stąd znikaj.

Wróciłam do mojego małego mieszkania. Na stole leżały oszczędności, które zbierałam przez ostatnie dwa lata – dziesięć tysięcy złotych, które miały być moim prezentem ślubnym dla niej.

Włączyłam radio i zaczęłam sprzątać własną kuchnię. Szorowałam zlew tak mocno, jakby od tego zależało moje życie. Płakałam, ale nie z żalu po weselu, na którym mnie nie było. Płakałam, bo zrozumiałam, że myjąc cudze podłogi, nie zauważyłam, jak brud osiada na duszy mojej córki.

Wzięłam kopertę z pieniędzmi i schowałam ją głęboko do szuflady. Tych pieniędzy nie dostanie. Bo skoro wstydziła się moich rąk, gdy pracowały, nie ma prawa czerpać z nich zysku, gdy skończyły robotę. Tej nocy, zamiast tańczyć na weselu, po raz pierwszy od lat usiadłam w fotelu i po prostu odpoczęłam. Jako sprzątaczka wiedziałam jedno: brud z podłogi zawsze da się zmyć, ale wstydu do własnej matki nie wywabi żaden środek na świecie.

To też może cię zainteresować: Świat polskiego filmu pogrążony w żałobie. Nie żyje Zdzisław Kaczmarek

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Moja stara matka przechytrzyła nas wszystkich": Za wszelką cenę nie chciała oddać majątku i miała w tym ukryty cel