Ogromne mieszkanie, antyki, biżuteria po babce – wiedzieliśmy z bratem, że to majątek wart miliony. Od kiedy ojciec zmarł, regularnie odwiedzaliśmy ją z Robertem, niby z troski, ale nasze oczy zawsze błądziły po ścianach, szacując wartość obrazów.
Matka zdawała się tego nie widzieć. Była krucha, wiecznie zapominała o lekach i narzekała na samotność.
– Mamo – mówił Robert podczas każdej niedzielnej kawy. – Po co ci ten moloch? Przepisz to na nas, my się wszystkim zajmiemy. Sprzedamy to, kupimy ci przytulną garsonierę blisko nas, a resztę pieniędzy zainwestujemy w przyszłość twoich wnuków.
Mama tylko uśmiechała się blado, gładząc drżącą ręką koronkowy obrus.
– Jeszcze nie teraz, synku. Jeszcze mam tu swoje wspomnienia.
W zeszłym roku stan matki gwałtownie się pogorszył. Przestała wstawać z łóżka. Uznaliśmy z Robertem, że to ostatni moment. Wynajęliśmy prawnika, przygotowaliśmy wszystkie papiery darowizny. Chcieliśmy tylko jej podpisu, zanim „pamięć zawiedzie ją całkowicie”.
Kiedy weszliśmy do jej pokoju z teczką dokumentów, mama wyglądała na nieobecną.
– Mamo, podpisz tutaj. To dla twojego dobra, żeby nikt obcy nie położył łapy na tym, co nasze – tłumaczyłem, podsuwając jej długopis.
Podpisała. Słabo, niewyraźnie, ale podpisała. Odetchnęliśmy z ulgą. Już widzieliśmy te cyfry na naszych kontach.
Dwa miesiące później matka zmarła spokojnie we śnie. Dzień po pogrzebie, ubrani w czarne garnitury, udaliśmy się do notariusza, by dopełnić formalności i przejąć klucze do kamienicy. Byliśmy pewni swego.
Notariusz, starszy pan w okularach, patrzył na nas z dziwną litością.
– Panowie, muszę wam coś odczytać. Wasza matka zostawiła list, który kazała otworzyć dopiero dzisiaj.
„Moi drodzy synowie. Przez lata patrzyłam, jak liczycie metry kwadratowe moich pokoi, zamiast liczyć zmarszczki na mojej twarzy. Myśleliście, że stara matka nie widzi chciwości w waszych oczach? Dokumenty, które daliście mi do podpisu miesiąc temu, były jedynie upoważnieniem do zarządzania kontem technicznym, na którym... nie ma już ani grosza.”
W pokoju zapadła grobowa cisza. Robert zaczął się trząść.
– Jak to ani grosza?! – wykrzyknął. – A kamienica? A antyki?
Notariusz chrząknął i kontynuował czytanie:
„Kamienicę sprzedałam już trzy lata temu, zachowując prawo do dożywotniego mieszkania. Pieniądze ze sprzedaży, punkt po punkcie, przelewałam na cele charytatywne. Antyki? To tylko podróbki, które kupiłam na targu staroci, gdy prawdziwe meble sprzedałam, by sfinansować operacje dzieciom z wadami serca. Przechytrzyłam was, bo chciałam sprawdzić, czy choć raz przyjdziecie do mnie bez teczki z dokumentami. Nie przyszliście.”
Na końcu listu dopisane było jedno zdanie:
„Majątek oddaje się tym, którzy kochają człowieka, a nie jego stan konta. Klucze do pustego mieszkania są u dozorcy. Macie dwa dni na zabranie moich starych ubrań.”
Wyszliśmy z kancelarii z pustymi rękami. Przez lata udawaliśmy miłość, inwestowaliśmy czas w kłamstwo, a matka – ta rzekomo „słaba i zapominalska” kobieta – rozegrała nas jak amatorów. Zostało nam tylko czarne ubranie i wstyd, którego nie da się spieniężyć.
To też może cię zainteresować: Jarosław Kaczyński w ostrych słowach. Prezes PiS ostrzega przed bezprawiem
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Utrzymuję syna i jego partnerkę, a w zamian słyszę wyzwiska": Czy prośba o dołożenie się do życia to skandal