Taki jej typ: przesada, narzekanie, dramaty przy herbacie. Ale ona nie żartowała. Mówiła to z tym upartym błyskiem w oczach, który oznaczał: albo zrobisz, jak chcę, albo będziesz winna wszystkiemu.
Zaczęło się od jednego telefonu w poniedziałek rano.
— Przyjedziesz dzisiaj? — zapytała bez „cześć”, bez wstępu. — Bo ja już nie chodzę do sklepu.
— Co się stało? — zapytałam.
— Co się stało?! — oburzyła się. — Widzisz te ceny? Masło jak złoto. Ser jak na święta. Ja mam emeryturę, a nie miliony. Koniec. Nie będę się upokarzać przy kasie.
Słowo „upokarzać” utkwiło mi w głowie, bo brzmiało tak, jakby to sklep ją krzywdził osobiście. Jakby ceny były wymierzone w nią.
— Mogę zamówić zakupy online — zaproponowałam ostrożnie. — Albo…
— Nie będę żadnych „online” — przerwała mi ostro. — Ja jestem stara, ja się na tym nie znam. Ty przyjedziesz i zrobisz normalnie.
„Ty przyjedziesz”.
Zawsze to samo. Rozkaz ubrany w troskę.
— A dlaczego mąż nie może? — spytałam, choć już znałam odpowiedź.
— Bo on pracuje! — warknęła. — A ty… ty masz czas.
W tym zdaniu było wszystko. To jej przekonanie, że moje życie jest mniej ważne, bo nie noszę w kieszeni etykietki „jej syn”.
Po południu pojechałam. Z torbą i listą zakupów, którą dyktowała mi przez telefon tak, jakby nie wierzyła, że umiem kupić chleb. W jej mieszkaniu pachniało stęchlizną i zupą z wczoraj. Siedziała w fotelu, w grubym swetrze, jakby w domu było zimniej niż na zewnątrz.
— No w końcu — powiedziała, kiedy weszłam. — Pokaż, co przyniosłaś.
I wtedy zobaczyłam, że ona nie jest tylko „zmęczona cenami”. Ona była zmęczona życiem, w którym przestała czuć kontrolę. A ceny w sklepie były tylko pretekstem, żeby tę kontrolę odzyskać… w domu. Na mnie.
— Kupiłam to, co pani chciała — powiedziałam, wyciągając zakupy.
Teściowa spojrzała na paragon.
— O matko… — jęknęła. — Ile?! To jest chore! Kiedyś za to miałabym pół wózka!
— Niestety, tak jest — odpowiedziałam.
— Nie, nie jest. To ludzie są głupi, że kupują — syknęła. — Ja już nie będę. Ty będziesz kupować, a ja ci oddam… jak będę miała.
Zamarłam.
— Jak to… „jak będę miała”? — zapytałam.
Teściowa machnęła ręką, jakby to było oczywiste.
— No przecież ja nie mam. Ja mam rachunki. Ja mam leki. A wy młodzi, wy sobie poradzicie.
„Wy młodzi”. Czyli: ty.
Wzięłam głęboki oddech.
— Pani Mario, my też mamy rachunki — powiedziałam spokojnie. — I dziecko. I kredyt.
— Kredyt? — prychnęła. — To po co brałaś? Ja nie brałam i żyłam.
I wtedy poczułam, jak coś mi się w środku zapala. Ta stara złość, że moje argumenty zawsze są „wymówką”, a jej potrzeby zawsze są „ważniejsze”.
Tego dnia wróciłam do domu zmęczona nie zakupami. Zmęczona tym, że zostałam wciągnięta w rolę dostawcy i winnego jednocześnie.
Po tygodniu zadzwoniła znowu.
— Skończył mi się chleb.
— Mogę zamówić pani zakupy przez internet — zaproponowałam.
— Nie będziesz mi tu żadnych paczek przysyłać! — krzyknęła. — Ja chcę świeże. Ja chcę, żebyś przyszła i zobaczyła, czy ja jeszcze żyję.
To zdanie mnie zatrzymało.
Bo w jej głosie usłyszałam coś prawdziwego: samotność. Strach. A jednocześnie — manipulację.
— Pani Mario, mogę przyjechać jutro — powiedziałam.
— Jutro to ja mogę już nie żyć — rzuciła dramatycznie.
I wtedy, jak zawsze, poczułam się winna. Jakbym miała jej serce na smyczy.
Wieczorem powiedziałam o tym mężowi.
— Twoja mama znowu chce, żebym jechała do sklepu — powiedziałam, próbując mówić spokojnie. — Mówi, że nie będzie chodzić, bo wszystko jest za drogie.
Mąż spojrzał na mnie bezradnie.
— No… w sumie ma rację, drogo jest.
— To nie o to chodzi — odpowiedziałam ostro. — Ona nie chce iść nawet po chleb. Ona chce, żebym ja jeździła, płaciła i jeszcze słuchała, że kupuję za drogo.
Mąż wzruszył ramionami.
— No wiesz, ona jest stara…
To „ona jest stara” działało jak klucz, którym otwierali wszystkie drzwi. Drzwi do moich granic. Drzwi do mojego czasu. Drzwi do mojego spokoju.
— A ja jestem zmęczona — odpowiedziałam cicho. — I też mam swoje życie.
Mąż westchnął.
— To… rób te zakupy, ale nie przejmuj się.
Wtedy poczułam, że jeśli ja teraz nie postawię granicy, to za rok będę jeździć do niej codziennie. A potem jeszcze częściej. Aż w końcu nie będę już żoną, matką, sobą — tylko „tą od sklepu”.
Punktem zwrotnym był dzień, w którym teściowa zadzwoniła i powiedziała:
— Weź mi też mięso na rosół. I ciasto jakieś. Bo jutro przychodzi Halina, a ja nie będę się wstydzić, że nie mam czym poczęstować.
Wstydzić.
Czyli: ja mam się narobić i zapłacić, żeby ona dobrze wyglądała przed koleżanką.
— Pani Mario — powiedziałam wtedy powoli. — Ja pani zrobię zakupy, ale tylko podstawowe. I nie będę za nie płacić. Pani mi odda od razu, albo zamawiamy wspólnie online i płaci pani kartą.
Zapadła cisza. Ta teściowa-cisza, w której ona szuka sposobu, żeby cię ugryźć.
— Aha — powiedziała w końcu lodowato. — Czyli ty mi odmawiasz.
— Nie odmawiam — odpowiedziałam. — Ustalam zasady.
— Zasady? — zakpiła. — Ty mi będziesz zasady stawiać? Ja cię przyjęłam do rodziny!
I wtedy wybuchła.
— Widzisz?! Wszystko jest za drogie i ludzie tacy jak ty jeszcze dokładają mi stresu! Ja już nie pójdę do sklepu! I koniec!
Poczułam, jak łzy stają mi w oczach, ale to nie były łzy litości. To były łzy bezsilności, że dorosła kobieta potrafi zrobić ze sklepu pole bitwy, a ze mnie — wroga.
— Dobrze — powiedziałam cicho. — Jeśli pani nie pójdzie, to ja też nie będę jeździć. Zamówimy online. Albo poprosi pani syna.
— Ty mi grozisz?!
— Nie. Ja mówię, jak będzie.
Rozłączyła się z hukiem.
I w tym momencie dotarło do mnie coś trudnego: czasem narzekanie na ceny to nie jest narzekanie na ceny. To jest sposób, żeby przerzucić odpowiedzialność na innych.
Nie chodziło o masło. Nie chodziło o chleb.
Chodziło o to, że teściowa nie chciała poczuć się bezradna. Więc zrobiła mnie odpowiedzialną. Za jej lodówkę, jej paragon, jej dumę.
Tylko że ja nie mogłam już nieść tego wszystkiego na plecach.
Dwa dni później teściowa zadzwoniła znowu, dużo ciszej.
— To jak… zamówisz mi te zakupy?
— Zamówię — odpowiedziałam. — Ale pani mi poda listę i płaci pani kartą przez telefon, a ja tylko odbiorę dostawę, jeśli trzeba. Albo przyjedzie pani syn.
Cisza.
— Dobrze — mruknęła w końcu, jakby przełykała porażkę.
To nie była piękna zgoda. To była kapitulacja.
A ja po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.
Bo zrozumiałam, że pomaganie nie może polegać na tym, że ktoś przestaje chodzić do sklepu, a ty zaczynasz żyć za niego. Nawet jeśli „wszystko jest za drogie”.
Zwłaszcza wtedy.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Myślę o zamykaniu lodówki na klucz": Mąż wyjada wszystko, zanim reszta rodziny zdąży
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Sąsiedzi zdradzają, jaki był Ziobro. Mieszkańcy nic nie kryją