Tak po prostu. Przy herbacie. W zwykły wtorek.
Na chwilę przestałam mieszać cukier w kubku, łyżeczka zawisła w powietrzu. Spojrzałam na syna, jakby mówił w obcym języku. Michał siedział naprzeciwko, oparty o krzesło, i patrzył na mnie uważnie. Za uważnie. Nie jak syn, który przyszedł odwiedzić matkę, tylko jak ktoś, kto przyszedł sprawdzić, czy grunt jest miękki.
— Co? — zapytałam cicho.
Uśmiechnął się szybko, trochę nerwowo.
— No wiesz… tak pytam. Żeby wiedzieć. Bo życie jest różne.
To „życie jest różne” brzmiało jak gotowa formułka. Jakby ktoś mu ją podsunął.
Poczułam lekkie ukłucie w sercu. Nie strach jeszcze. Raczej zdziwienie. Mój syn nigdy nie rozmawiał ze mną o sprawach „po mojej śmierci”. On zawsze mówił o pracy, o dzieciach, o tym, że „jest zmęczony”. A tu nagle spadek.
— A czemu pytasz? — zapytałam.
Michał wzruszył ramionami.
— Bo… bo kiedyś trzeba to uregulować. Żeby potem nie było kłótni.
W tym momencie weszła do kuchni jego żona, Aneta. Niosła talerz z ciastem, uśmiechnięta, ale jej oczy szybko przeleciały po mojej twarzy, jakby sprawdzała, czy ja już „łyknęłam” temat.
— O, rozmawiacie? — zapytała słodko. — To dobrze. Bo my z Michałem ostatnio mówimy, że takie rzeczy trzeba załatwiać za życia.
Za życia.
Poczułam, że w moim brzuchu robi się chłodno.
— Ja mam dopiero sześćdziesiąt trzy lata — powiedziałam powoli. — I jestem zdrowa.
— Ale nikt nie wie, co będzie jutro — wtrąciła Aneta szybko. — U sąsiadki też wszystko było dobrze, a potem… no wiesz.
Wiedziałam. Sąsiadka z klatki dostała udaru i dzieci zaczęły się szarpać o mieszkanie, zanim jeszcze ją pochowali. To była głośna historia. Wszyscy o tym mówili. Tylko że ja nie byłam sąsiadką. Byłam ich matką i teściową. A oni siedzieli naprzeciwko mnie i mieli w oczach coś, co nie pasowało do „troski”.
Zostawili mi ciasto, wypili herbatę, pogadali o niczym. A ja nie mogłam przestać myśleć o tym pytaniu. Ono wracało jak echo.
Komu zostawisz mieszkanie?
Kiedy wyszli, w kuchni zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałam własne myśli. Usiadłam na krześle i nagle poczułam, że robi mi się przykro. Nie dlatego, że ktoś myśli o przyszłości. Tylko dlatego, że mój syn zapytał o mój spadek, zanim zapytał, jak ja się czuję.
Następnego dnia Michał zadzwonił.
— Mamo, wiesz co? Ja mogę ci pomóc z formalnościami — powiedział tonem człowieka, który robi przysługę. — Znam fajnego notariusza. Zrobimy darowiznę mieszkania na mnie, a ty będziesz miała dożywotnie zamieszkanie. To najbezpieczniejsze.
Darowiznę.
Poczułam, jak coś mi ściska gardło.
— A po co darowizna? — zapytałam. — Testament wystarczy.
— Testament można podważyć — odpowiedział szybko, jakby miał to wyćwiczone. — A darowizna to darowizna. Mamo, to dla twojego dobra.
Dla mojego dobra. Oczywiście.
— Michał — powiedziałam ostrożnie. — Czy ty masz jakieś problemy finansowe?
Cisza.
— Nie… no… każdy ma. Kredyt, wiadomo. Ale spokojnie.
Znowu to „spokojnie”, które u niego zawsze oznaczało: „nie pytaj”.
Tego wieczoru zadzwoniłam do swojej córki, Kasi.
— Kasia, był u mnie Michał. Pytał o spadek — powiedziałam.
Po drugiej stronie zrobiło się cicho.
— Co? — zapytała Kasia, a jej głos nagle stwardniał. — O spadek?
— Tak. I mówił o darowiźnie.
— Mamo… — Kasia wciągnęła powietrze. — On ma długi. Duże. Tylko nikt o tym głośno nie mówi.
Zamarłam.
— Skąd wiesz?
— Od kuzynki. Ona pracuje w banku. Widzieli go… na liście. I Aneta też. Oni kombinują, żeby nie stracić mieszkania. Bo jak wejdzie komornik… to wiesz.
Siedziałam z telefonem przy uchu i czułam, jak świat mi się przesuwa. Jakby ktoś podmienił mi syna na obcego człowieka.
— Czyli… on mnie… — zaczęłam.
— On chce, żebyś przepisała mieszkanie, zanim będzie za późno — powiedziała Kasia wprost. — Żeby uratować siebie. Nie ciebie.
Odłożyłam telefon i przez chwilę patrzyłam w ścianę. W oczach miałam obraz Michała jako dziecka: chudy, z zadartym nosem, z tornistrem, który był większy od niego. Pamiętałam, jak zbierałam na jego pierwsze buty piłkarskie, jak sprzedawałam złotą bransoletkę po babci, żeby mógł jechać na wycieczkę. Pamiętałam, jak mówił: „mamo, ja kiedyś ci to oddam”.
I nagle to wszystko zderzyło się z jego dzisiejszym pytaniem o spadek.
Nie spałam całą noc.
Rano usiadłam przy stole i napisałam na kartce jedno zdanie: „Nie podpisuj niczego w emocjach.”
To była moja kotwica.
Kiedy Michał przyszedł dwa dni później, był uśmiechnięty. Za uśmiechem czułam jednak napięcie.
— Mamo, umówiłem notariusza — oznajmił. — W piątek o dwunastej. Pojedziemy razem, ja cię zawiozę.
Zadrżało mi serce. Tak pewny siebie, jakby to było już ustalone.
— Nie — powiedziałam.
Michał zamarł.
— Jak to nie?
— Nie jadę do notariusza. I nie przepiszę mieszkania — odpowiedziałam spokojnie.
Jego twarz zmieniła się w sekundę.
— Mamo, ale… to dla twojego dobra. Ty nie rozumiesz. Jak coś ci się stanie, Kasia będzie robić problemy, Aneta… wszyscy… ja chcę to uregulować.
Wtedy powiedziałam najprościej, jak umiałam:
— Michał. Ja wiem o twoich długach.
Zrobił się biały.
— Kto ci powiedział? Kasia? — wyrzucił z siebie natychmiast.
To był pierwszy znak, że to prawda. Gdyby nie było, śmiałby się. Zaprzeczałby. A on wpadł w złość.
— Mamo, ona cię nastawia! Ona zawsze była zazdrosna!
— To nie jest o Kasi — przerwałam mu. — To jest o tym, że przyszedłeś do mnie i zapytałeś o spadek, zamiast powiedzieć: „mamo, mam problem”.
Michał zacisnął szczękę.
— Ty nie rozumiesz, jak jest — powiedział cicho. — Ja się boję. Ja mam rodzinę.
— A ja? — zapytałam. — Ja nie mam?
Zamilkł. Patrzył na podłogę.
— Mamo… ja tylko… — zaczął miękko, próbując zmienić ton. — Przecież ty i tak zostawisz to dzieciom. To co za różnica, czy teraz, czy później?
W tym zdaniu było wszystko. To „co za różnica” było jak: twoje życie już się kończy, oddaj, co masz.
Poczułam łzy, ale ich nie wypuściłam.
— Różnica jest taka — powiedziałam drżącym głosem — że ja jeszcze żyję. I to jest mój dom. Moje bezpieczeństwo. Moja ostatnia pewność.
Michał nagle uderzył dłonią w stół.
— Czyli mi nie ufasz?! — krzyknął.
Zobaczyłam w nim coś obcego. Desperację. Głód. To nie był syn, który prosi. To był człowiek w potrzasku.
— Nie chodzi o zaufanie — powiedziałam. — Chodzi o granice.
Michał stał chwilę, potem wziął kurtkę.
— Dobrze — syknął. — To sobie siedź w tym mieszkaniu sama. Jak umrzesz, to się obudzisz.
To zdanie było jak nóż.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
A ja… ja zostałam w kuchni, z herbatą, która dawno wystygła, i z bólem, którego nie da się opisać. Bo najgorsza prawda nie była taka, że syn ma długi.
Najgorsza była taka, że mój syn był gotów zaryzykować moje bezpieczeństwo, żeby ratować swoje.
Wieczorem zadzwoniła Aneta.
— Pani Ireno, Michał jest załamany — zaczęła słodko. — Pani musi zrozumieć, że on się o panią troszczy.
— Niech pani nie gra troską — odpowiedziałam spokojnie. — Jeśli on się troszczy, niech przyjdzie i powie prawdę. Bez notariusza w tle.
Zamilkła.
— Pani niszczy rodzinę — powiedziała w końcu zimno.
Uśmiechnęłam się gorzko, choć nikt tego nie widział.
— Nie. Rodzina niszczy się wtedy, kiedy dzieci zaczynają liczyć cudze mieszkania, zanim policzą własną uczciwość.
Rozłączyłam się.
Potem usiadłam i napisałam testament. Nie pod dyktando strachu, tylko pod dyktando rozsądku. Z zabezpieczeniami, z jasnymi zapisami, z tym, co uznałam za sprawiedliwe.
A gdy odkładałam długopis, myślałam tylko o tym, że pytanie syna było zaskoczeniem nie dlatego, że ktoś myśli o przyszłości.
Tylko dlatego, że ja nagle zobaczyłam, jak łatwo „dziecko” potrafi stać się kimś, kto widzi w matce nie człowieka…tylko klucz do mieszkania.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. Jedno zdanie męża zmiotło mnie z nóg: „Wyglądasz jak stara babcia”. Tego dnia wybrałam siebie
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Specjalna emerytura z ZUS. Wiadomo, kto może z niej skorzystać