Bez zapowiedzi, bez pytania, czy nam pasuje. Po prostu zadzwoniła domofonem i powiedziała:
— Otwierajcie, bo stoję pod blokiem.
Mąż jeszcze był w piżamie, ja z kubkiem kawy, dzieci szykowały się do szkoły. Otworzyliśmy, bo co mieliśmy zrobić. Teściowa weszła pierwsza, a za nią… weszła babcia.
Nie „babcia” z obrazka, co przynosi cukierki i opowiada historie. Tylko drobna staruszka w płaszczu zapiętym pod szyję, z reklamówką, która wyglądała jak całe jej życie, i z oczami, które nie rozumiały, gdzie jest.
Teściowa nawet nie zdjęła butów.
— To jest na chwilę — rzuciła szybko. — Ja nie mam siły. Niech ona chwilę pobędzie u was. Wy macie więcej miejsca.
— Jak to „chwilę”? — zapytałam, bo już czułam, że w tej „chwili” jest pułapka.
Teściowa westchnęła teatralnie.
— No normalnie. Babcia nie może być sama. Ja muszę pracować. A poza tym… — machnęła ręką — ona mnie doprowadza do szału.
Babcia stała w przedpokoju i patrzyła na moje dzieci, jakby były obcymi ludźmi w obcym domu. Usta jej drżały. Cicho powtarzała:
— Do domu… ja do domu…
Mąż zrobił krok do przodu.
— Mamo, ale przecież to twoja babcia. Twoja mama się nią nie zajmuje?
Teściowa odwróciła wzrok.
— Nie ma mamy. Została tylko ona. I ja. A ja już nie dam rady.
— To czemu nas nie uprzedziłaś? — zapytałam ostrzej, niż chciałam.
Teściowa spojrzała na mnie, jakbym była niewdzięczna.
— Bo i tak byście zaczęli kręcić. A teraz już jest. Nie będziecie wyrzucać starej kobiety na klatkę, prawda?
To było jak uderzenie. Szantaż w czystej postaci, podlany „rodziną”.
— Ja wrócę po nią w weekend — powiedziała szybko, już się cofając do drzwi. — Zobaczymy, jak będzie.
— Mamo, poczekaj! — zawołał mąż.
Ale teściowa już wychodziła.
— I dajcie jej jeść co dwie godziny, bo ona potem jest nieznośna! — rzuciła jeszcze przez ramię, jakby zostawiała nam psa, a nie człowieka.
Drzwi się zamknęły.
Zostałam w przedpokoju z babcią, która ściskała reklamówkę jak tarczę i płakała cicho, bez łez, takim suchym płaczem, który wyciska serce.
Dzieci patrzyły na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Mamo, kim ona jest? — szepnęła córka.
A ja nie wiedziałam, co powiedzieć, bo ja też nie byłam na to gotowa.
Pierwszy dzień był koszmarem.
Babcia co chwilę pytała, gdzie jest jej kuchnia, gdzie są jej klucze, gdzie „stary”. Myślała, że jej mąż żyje. Myślała, że ma wrócić do domu, którego nie było już od lat. Wstawała w nocy, szła do drzwi i próbowała je otworzyć, bo „musi iść do pracy”.
Zasnęłam przy kuchennym stole. Obudził mnie dźwięk, jakby coś spadło. Pobiegłam do łazienki i zobaczyłam babcię opartą o pralkę, trzęsącą się ze strachu.
— Nie wolno! — krzyczała. — Zamknęli mnie!
Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą panikę. Bo to nie było „dziwactwo”. To była choroba. Zdezorientowanie. Może demencja. Może coś więcej.
Rano zadzwoniłam do teściowej.
— Przyjedź po nią — powiedziałam bez wstępu. — To nie jest „chwila”. Ona nie jest w stanie…
Teściowa westchnęła, jakby to ja robiła problem.
— Nie mogę. Mam zmianę. Poza tym, przecież jesteście młodzi, dacie radę. Rodzina to rodzina.
— Rodzina? — powtórzyłam. — A gdzie ty jesteś?
— Ja też mam życie! — wybuchła. — Ja nie będę sobie go niszczyć przez starość!
Rozłączyła się.
Stałam z telefonem w dłoni i czułam, jak mi się trzęsą ręce. Bo dotarło do mnie, że to „weekend” może nigdy nie nadejść.
I nie nadszedł.
W piątek nie zadzwoniła. W sobotę wysłała sms-a: „Nie dam rady przyjechać, babci lepiej u was”. W niedzielę dodała: „Dzięki, ratujecie mnie”.
Ratujecie mnie.
A kto ratował nas?
Zaczęły się zmiany, małe na początku, a potem tak duże, że życie przestało przypominać życie.
Babcia przestała jeść normalnie. Czasem odmawiała, czasem chowała jedzenie po kieszeniach, jakby bała się, że ktoś jej zabierze. Znalazłam kromkę chleba w szafie z ręcznikami. Jogurt w koszu na pranie. Raz znalazłam nożyk do masła pod poduszką.
— Na wszelki wypadek — powiedziała, kiedy zapytałam, co robi.
W nocy trzeba było zamykać drzwi na dodatkowy zamek. Założyliśmy dzwoneczek, żeby było słychać, jak wstaje. Dzieci zaczęły się bać. Syn przestał zapraszać kolegów, bo babcia potrafiła wejść do pokoju i krzyczeć na obcych, że „kradną”.
Mąż na początku mówił:
— To moja rodzina. Musimy pomóc.
Ale po dwóch tygodniach zobaczyłam, jak mu pękają nerwy.
Wracał z pracy, a babcia stała w kuchni i płakała, że „nie ma domu”. Dzieci kłóciły się o łazienkę. Ja byłam zmęczona tak, że miałam wrażenie, że oddycham przez watę. Mąż rzucił torbę na podłogę i krzyknął:
— Mamo, dość! To nie jest normalne!
A babcia spojrzała na niego i zapytała obcym głosem:
— Pan jest kto?
To pytanie sprawiło, że mój mąż usiadł na krześle i zakrył twarz dłońmi. Bo on nagle zobaczył, że nie da się „wziąć się w garść”. Że to już nie jest kwestia dobrej woli.
Wtedy zaczęliśmy szukać pomocy. Lekarz rodzinny, neurolog, psycholog. Terminy za trzy miesiące, za pół roku. „Proszę uzbroić się w cierpliwość”. Jakby cierpliwość była czymś, co się ma w szufladzie.
W międzyczasie teściowa milczała. Gdy dzwoniliśmy, odbierała rzadko. A kiedy odbierała, mówiła:
— Nie przesadzajcie. Ona zawsze była trudna.
— Ja też cierpiałam.
— Wy chociaż macie siebie.
I to „wy macie siebie” brzmiało jak wyrok.
Najbardziej dramatyczne przyszło w nocy, w trzeci miesiąc.
Obudził mnie zapach dymu.
Pobiegłam do kuchni i zobaczyłam babcię przy kuchence. Palnik był odkręcony, a na nim stał pusty garnek, czarny od spodu. Babcia mieszała w nim łyżką, jakby gotowała zupę.
— Babciu! — krzyknęłam, wyłączając gaz.
Ona spojrzała na mnie przestraszona.
— Ja tylko chciałam ugotować… dla dzieci… bo będą głodne… — wyszeptała.
Wtedy zrozumiałam, że następnym razem może nie być mnie w kuchni. Że następnym razem może być pożar. Albo tragedia.
Rano, z czerwonymi oczami po bezsennej nocy, zadzwoniłam do teściowej. Tym razem nie prosiłam.
— Albo przyjeżdżasz dziś i zabierasz babcię, albo jedziemy do ośrodka i zgłaszamy sprawę. To jest zagrożenie — powiedziałam twardo.
— Ty mi grozisz?! — wrzasnęła.
— Ja ci mówię prawdę — odpowiedziałam. — To nie jest „babcia na weekend”. To jest chora osoba, która wymaga opieki. A ty ją zostawiłaś jak paczkę.
Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem usłyszałam płacz. Znów. Ten płacz, którym teściowa zawsze coś wymuszała.
— Ja nie mam już siły… ja nie chcę… — szlochała. — Ja całe życie…
I wtedy stało się coś, czego się po sobie nie spodziewałam.
Nie zmiękłam.
— Masz przyjechać — powtórzyłam. — Dziś.
Teściowa nie przyjechała.
Za to przyjechała policja i pogotowie… bo babcia w południe wyszła z domu, kiedy ja byłam w sklepie, a mąż w pracy. Sąsiadka zobaczyła ją na klatce, w kapciach, zimą, płaczącą i powtarzającą, że „idzie do mamy”.
Siedziałam potem na schodach przed blokiem, trzymałam babcię za rękę, a ona była lodowata. Dosłownie. Drżała cała. Patrzyła na mnie i mówiła:
— Ja jestem głupia. Ja nie powinnam żyć.
To zdanie przebiło mi serce.
Nie dlatego, że było dramatyczne. Tylko dlatego, że było prawdziwe w jej świecie.
Po tej sytuacji w końcu dostaliśmy pilną konsultację. Lekarz powiedział wprost: demencja, prawdopodobnie Alzheimer, wymaga stałej opieki, zabezpieczeń, leków, wsparcia. Stałej.
Stałej.
Wróciliśmy do domu i usiedliśmy z mężem w kuchni. Nie płakaliśmy. Byliśmy już po drugiej stronie płaczu.
— Co teraz? — zapytałam.
Mąż patrzył w stół, jakby tam miał znaleźć odpowiedź.
— Mama nas zostawiła z tym — powiedział cicho. — Ona to zrobiła świadomie.
I wtedy zadzwoniła teściowa.
— No i co? — zapytała sucho. — Widzicie, jak to jest? Ja wam mówiłam, że ona jest trudna.
Mąż wziął głęboki oddech.
— Mamo — powiedział powoli. — Ty nie zostawiłaś nam babci. Ty zostawiłaś nam odpowiedzialność. I uciekłaś.
Teściowa prychnęła.
— Ja musiałam.
— Nie. Ty chciałaś — odpowiedział, pierwszy raz w życiu tak twardo. — I teraz będzie tak: albo dzielimy się opieką i kosztami, albo idziemy do sądu i do opieki społecznej. Bo ja nie pozwolę, żeby moja żona i moje dzieci żyły w strachu, że babcia wyjdzie w nocy albo podpali kuchnię.
Po drugiej stronie była cisza. A potem teściowa syknęła:
— To ty jesteś niewdzięczny.
Mąż odpowiedział spokojnie:
— Ja jestem dorosły. I chronię swoją rodzinę.
Rozłączył się.
Siedzieliśmy długo w milczeniu. Babcia spała w salonie, w dzień, bo nocami była czujna. Dzieci patrzyły na nas jak na obcych, bo nagle wszystko w domu było inne: ciszej, ciężej, ostrożniej.
Tamtego wieczoru zrozumiałam, że to na zawsze zmieniło nasze życie nie tylko dlatego, że pojawiła się w nim chora osoba.
To zmieniło nas, bo zobaczyliśmy prawdę o rodzinie.
Że ktoś potrafi zrzucić na ciebie ciężar, który cię miażdży, i jeszcze powiedzieć „dzięki”.
Że miłość do starszej osoby nie wystarczy, kiedy jesteś sam z systemem, z chorobą i z nocą.
I że czasem najtrudniejsza opieka nie polega na myciu, karmieniu i pilnowaniu.
Tylko na tym, że musisz patrzeć w oczy komuś, kto zapomina, kim jesteś… i mimo to trzymać go za rękę, żeby nie został sam.
Bo on już i tak został sam.
Tylko że ktoś zostawił go u nas.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Mama ma 45 lat i jest w ciąży": Dziadkowie wpadli w furię. Nie rozumiem, o co im chodzi
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Styczeń przyniesie finansowy start marzeń. Cztery znaki zodiaku z najlepszym początkiem roku