„Hej, kochanie, dzwonisz później? Jestem u fotografa”.
Nawet się uśmiechnęłam, bo pomyślałam: jeszcze tydzień i będzie po wszystkim, a my wreszcie odetchniemy. Suknia wisiała w szafie, buty stały w pudełku, a ja miałam w kalendarzu listę rzeczy do odhaczenia: kwiaty, winietki, potwierdzenie sali, zaliczka dla zespołu.
Tylko że w tle tej listy było coś, o czym nie mówiłam głośno nikomu, poza jedną osobą.
Pożyczka.
Wzięłam ją miesiąc wcześniej, kiedy sala zadzwoniła, że „musimy dopłacić, bo ceny poszły”. Kiedy fotograf zażądał reszty przed terminem, bo „ma dużo rezerwacji”. Kiedy nagle wszystko okazało się droższe niż obiecywali.
Mój narzeczony, Michał, mówił: „Damy radę. Przecież to raz w życiu.” A ja, zamiast powiedzieć: „Nie stać nas”, wzięłam sprawy na siebie. Tak jak zawsze. Zrobiłam to po cichu, trochę z dumy, trochę ze strachu, że jeśli odpuścimy, to wszyscy uznają, że „nie potrafimy”.
Pożyczyłam pieniądze, bo wierzyłam, że to wspólna przyszłość. Że spłacimy razem, jak już będziemy małżeństwem.
Nie podpisałam tego weksla sama. Podpisałam go w głowie słowem: my.
W dzień, kiedy miała się odbyć próba fryzury, Michał wrócił wcześniej z pracy. Rzadko mu się to zdarzało. Zamknął za sobą drzwi ciszej niż zwykle.
— Musimy pogadać — powiedział.
To zdanie nigdy nie jest dobre. Zwłaszcza tydzień przed ślubem.
— O czym? — zapytałam, starając się mówić normalnie.
Michał nie usiadł. Stał w przedpokoju, jakby chciał mieć bliżej do wyjścia.
— O tej pożyczce… — powiedział.
Zamarłam.
— Skąd ty…?
— Widziałem maila. Przyszło przypomnienie na wspólny adres — odpowiedział. — Ty wzięłaś pożyczkę na wesele?
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Wiedziałam, że powinnam mu powiedzieć. Ale bałam się. Bałam się, że uzna mnie za… nie wiem… za desperatkę, za kogoś nieodpowiedzialnego.
— Tak — przyznałam cicho. — Bo brakowało. Nie chciałam, żebyś się stresował.
Michał prychnął.
— Ja się nie stresował? To ja mam teraz za to płacić?
— Michał, przecież to nasze wesele…
— Twoje — przerwał mi ostro. — To jest twoje wesele. Ty chciałaś salę z ogrodem, ty chciałaś zespół, ty chciałaś te wszystkie bajery.
Zrobiło mi się zimno.
— A ty co? — zapytałam powoli. — Ty tylko przychodzisz?
W jego oczach pojawiło się coś, co mnie przeraziło bardziej niż złość: pogarda.
— Ja nie mam zamiaru brać udziału w spłacie twoich długów — powiedział spokojnie. — A jak myślisz inaczej, to… odwołaj swoich gości. Nie będę brał udziału w tej farsie.
Przez chwilę nie rozumiałam słów. Jakby mówił w obcym języku.
— Co? — wyszeptałam. — Jakich moich gości?
— Twoich — powtórzył. — Twoja rodzina, twoje koleżanki, te wszystkie osoby, które chcesz mieć na ślubie, żeby ci klaskały. Odwołaj. Zrób to małe. Albo… w ogóle zrób sama.
W tym momencie poczułam, jak świat mi się przewraca.
„Odwołaj swoich gości”.
Jakby ślub był imprezą urodzinową, którą można odwołać sms-em.
— Michał… — próbowałam mówić, ale głos mi się łamał. — To jest tydzień przed. Ludzie kupili bilety, niektórzy jadą z daleka, mamy umowy, zaliczki…
— To nie mój problem — uciął.
I wtedy dotarło do mnie coś, co boli najbardziej: on mówił o tym tak, jakby nie był częścią tego „my”. Jakby już stał obok.
— Czy ty… ty chcesz się wycofać? — zapytałam, czując, jak serce wali mi w gardle.
Michał spojrzał w bok.
— Ja nie chcę zaczynać małżeństwa od długów.
— To nie są długi na moje paznokcie — wyrzuciłam z siebie. — To jest wesele. Dla nas.
Michał westchnął, jakby to ja była dzieckiem.
— Właśnie. Dla nas. A ty podjęłaś decyzję sama. Więc spłacaj sama.
Siedziałam na krześle w kuchni i nie mogłam złapać tchu. Na stole leżały próbki winietek, obok lista gości z kolorowymi zakreślaczami. Jeszcze wczoraj to było „nasze”.
Teraz było moje. Moje wstydliwe.
Michał poszedł do salonu, włączył telewizor, jakby nic się nie stało. Jakby przed chwilą nie zrzucił na mnie ciężaru, który miał mnie zmiażdżyć.
Zadzwoniła mama.
— Córeczko, przyjedziemy w weekend pomóc z dekoracjami, dobrze? — zapytała radośnie.
Wtedy pękłam. Nie umiałam mówić. Z gardła wydobył mi się tylko dziwny dźwięk. Mama od razu to usłyszała.
— Co się dzieje? — zapytała natychmiast.
Spojrzałam na Michała. Siedział w salonie i udawał, że nie słyszy.
— Nic — wyszeptałam do telefonu. — Jestem zmęczona.
Po rozmowie zamknęłam się w łazience i usiadłam na podłodze. Patrzyłam na kafelki i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to się stało, że mój narzeczony zaczął mówić o mnie jak o kimś obcym.
Bo to nie była kłótnia o pieniądze. Pieniądze są wymówką.
To była kłótnia o odpowiedzialność.
O to, czy on jest ze mną wtedy, kiedy jest łatwo — zdjęcia, uśmiechy, „piękna para”.
I czy jest ze mną, kiedy trzeba wziąć na klatę konsekwencje.
Wieczorem, kiedy dzieci sąsiadów ucichły, a w mieszkaniu zrobiło się ciemno, wyszłam do salonu.
— Michał — powiedziałam. — Wiesz, co jest najgorsze?
Nie spojrzał na mnie.
— Że ty mówisz „twoi goście”. Jakbyśmy już byli rozdzieleni.
Wzruszył ramionami.
— Bo jesteśmy. Ty robisz swoje, ja swoje.
To było jak cios prosto w brzuch.
— To po co ten ślub? — zapytałam.
Wtedy spojrzał na mnie, pierwszy raz tego dnia naprawdę.
— Bo tak wypada — powiedział. — Bo już wszyscy wiedzą. Ale ja nie pozwolę, żebyś mnie wpakowała w długi.
„Wypada”.
Wtedy zrozumiałam, że ja chcę małżeństwa, a on chce ceremonii.
Ja chcę partnera, a on chce widowni.
Usiadłam naprzeciwko niego i poczułam, że moje łzy są suche, ciężkie, jakby nawet płacz miał dług do spłacenia.
— Michał — powiedziałam cicho. — Jeśli ja jutro odwołam gości, to co będzie potem? Odwołam też siebie?
On nie odpowiedział.
I w tej ciszy usłyszałam wszystko.
Następnego dnia rano wstałam i zaczęłam dzwonić. Nie do gości.
Do banku, do sali, do fotografa.
Zamrożone zaliczki. Kary umowne. „Przykro nam, proszę pani”. Kwoty, od których robiło mi się niedobrze.
A potem zadzwoniłam do mamy.
— Mamo — powiedziałam. — Ślubu nie będzie.
Po drugiej stronie zapadła cisza tak głęboka, że usłyszałam jej oddech.
— Co ty mówisz…?
— On powiedział, żebym odwołała swoich gości, bo nie będzie spłacał mojej pożyczki na wesele — powiedziałam szybko, zanim zabraknie mi odwagi.
Mama przez chwilę nie mówiła nic. A potem powiedziała spokojnie, twardo, tak jak mówi się wtedy, kiedy trzeba trzymać czyjeś życie w garści:
— Dobrze. Odwołamy. Ale nie gości. Tylko jego.
Wieczorem Michał wrócił do domu i zobaczył spakowaną walizkę. Nie moją.
Jego.
— Co to jest? — zapytał.
— Twoje rzeczy — odpowiedziałam.
— Ty żartujesz?
— Nie. — Spojrzałam mu prosto w oczy. — Powiedziałeś „twoi goście”. Powiedziałeś „twoja pożyczka”. Powiedziałeś „to nie mój problem”. To ja ci tylko pokazuję, jak wygląda „twoje” i „moje” w praktyce.
Zrobił krok w moją stronę.
— Ty mnie stawiasz pod ścianą tydzień przed ślubem?!
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
— Nie. To ty mnie postawiłeś pod ścianą, kiedy powiedziałeś, żebym odwołała gości. Ja tylko wyszłam z tej ściany.
Michał otworzył usta, ale nie znalazł słów. W końcu złapał walizkę i wyszedł.
Drzwi zatrzasnęły się głośno. W mieszkaniu zrobiło się pusto.
A ja usiadłam na podłodze w kuchni, obok listy gości, która już nie miała znaczenia. Wzięłam ją do ręki, patrzyłam na nazwiska i czułam, jak coś we mnie się rozpada — nie marzenie o ślubie, tylko wiara, że człowiek, którego kochasz, nie zostawi cię z długiem i wstydem.
Następnego dnia zaczęły przychodzić wiadomości. Jedni współczuli, inni plotkowali, ktoś pytał „co się stało”.
A ja odpowiedziałam jednej osobie, krótko, bez upiększania:
„Nie odwołałam gości. Odwołałam pana młodego.”
I to była najbardziej dramatyczna decyzja w moim życiu.
Bo wesele można odwołać.
Ale jeśli ktoś mówi ci przed ślubem: „to twoje”, „radź sobie sama” — to on już dawno odwołał małżeństwo w swojej głowie.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Teściowa wparowała z walizkami i oznajmiła, że zostaje": Dopiero wtedy wyszło, jak szwagierka przejęła jej mieszkanie
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Teściowa wyznała, że mnie nienawidzi": Potem pierwszy raz zobaczyłam ją załamaną