Tak, jak zawsze zaczynają się sprawy, które potem rozlewają się po całym życiu.
Najpierw był telefon o dziewiątej wieczorem.
— Synku… — szloch w słuchawce, taki głośny, że aż mąż odsunął telefon od ucha. — Ja tu siedzę sama… nikt o mnie nie pamięta…
Mąż zerknął na mnie z tym wyrazem twarzy, który już znałam: no przecież muszę odebrać, przecież to mama.
— Mamo, co się stało? — zapytał.
— Nic się nie stało! — jęknęła dramatycznie. — Tylko… tylko mi się robi słabo, bo ja nic nie jadłam… i nie mam siły…
Pamiętam, jak wtedy wstałam i odruchowo poszłam do kuchni. Jakbym już miała pakować zupę do słoików, jakbym była na dyżurze.
— Zjedz coś, mamo — powiedział mąż. — Masz w lodówce jedzenie?
— A skąd ja mam wiedzieć, co ja mam? — pociągnęła nosem. — Ja się boję sama wstawać… Ja się przewrócę… Ja się zabiję i dopiero wtedy zobaczysz…
Wtedy poczułam pierwszy skurcz w żołądku. Bo to nie była prośba. To była groźba w opakowaniu łez.
Pojechaliśmy. Oczywiście, że pojechaliśmy. Wzięliśmy jedzenie, leki, ciepły sweter. Teściowa otworzyła drzwi w szlafroku, w pełnym świetle, bez śladu słabości. Stała pewnie, z tą swoją miną skrzywdzonej.
— No nareszcie — rzuciła i odwróciła się do kuchni, jakby to było jej mieszkanie, a my byliśmy spóźnioną obsługą.
W lodówce miała wszystko. Chleb, wędlinę, zupę, jogurty. Ale ona i tak usiadła przy stole i zaczęła płakać jeszcze głośniej.
— Wy nie rozumiecie, jak to jest być samą… — szlochała. — Ja całe życie dla was, a teraz…
Mąż stał przy zlewie, bezradny, jak chłopiec. A ja patrzyłam na tę scenę i miałam ochotę krzyczeć: przecież ty to robisz specjalnie.
Tylko że nikt nie krzyczy na płaczącą starszą kobietę. Bo wtedy od razu jesteś potworem.
I ona o tym wiedziała.
Z każdym kolejnym tygodniem płacz pojawiał się częściej. Jak przycisk, który naciskała zawsze wtedy, gdy chciała coś dostać.
— Synku, ja już nie mam na rachunki… — łkanie.
— Synku, ja tu umrę i nikt mnie nie znajdzie… — szloch.
— Synku, ja bym tak chciała, żebyś mnie odwiedził, bo ja się boję… — jęk, dramat, pauza na efekt.
A potem, kiedy przyjeżdżaliśmy, kiedy mąż siadał przy niej jak wierny pies, nagle łzy znikały.
Znikały tak szybko, jakby ktoś zakręcił kran.
Zostawały natomiast polecenia.
— Zrób mi herbatę, ale nie taką mocną.
— Idź do apteki, bo ja nie będę stała w kolejce.
— Wyniesiesz śmieci, bo ja mam chore nogi.
— I może kupisz mi też wędlinę, ale taką dobrą, nie jakąś byle jaką.
Wychodziliśmy z jej mieszkania spoceni i zmęczeni jak po remoncie. I zawsze z tym samym uczuciem: że zostawiliśmy tam kawałek siebie.
Najgorsze było to, że jej płacz nie był tylko o pomoc.
On był o kontrolę.
Kiedy raz powiedzieliśmy, że nie możemy przyjechać, bo mamy swoje sprawy, teściowa wyła w telefon jak dziecko, któremu zabrano zabawkę.
— Aha! Czyli już wam nie jestem potrzebna! — krzyczała między szlochami. — To ja sobie poradzę… jakoś… Nie martwcie się! Nie przyjdę wam na pogrzeb!
Mąż pobladł.
— Mamo, przestań…
— Nie! — jęknęła. — Ty wiesz, co ja przeżyłam? Ja jestem stara! Ja jestem sama! Mnie wszystko wolno!
Mnie wszystko wolno.
Wtedy zrozumiałam, że ona naprawdę w to wierzy. Że starość i samotność są dla niej przepustką do rządzenia nami. Do zabierania nam czasu, energii, pieniędzy, małżeństwa.
Bo ona nie przyszła do naszego życia po wsparcie.
Ona przyszła po władzę.
Któregoś dnia mieliśmy rocznicę. Pierwszą od dawna, kiedy naprawdę chciałam, żebyśmy wyszli gdzieś sami. Zarezerwowałam stolik, ubrałam się, nawet pomalowałam usta, choć nie miałam na to siły.
Mąż dopinał koszulę, kiedy zadzwonił telefon.
Teściowa.
— Synku… — jęk. — Ja nie mogę oddychać…
Mąż zamarł.
— Mamo, co się dzieje?
— Serce mi wali… ja chyba umieram… — płacz, szloch, przerwa na oddech. — Ja… ja nie chcę umierać sama…
Spojrzałam na męża. Widziałam, jak jego twarz gaśnie, jak w sekundę wraca do roli „synka”. Jak wszystko inne przestaje istnieć.
— Jadę — powiedział, już sięgając po kurtkę.
— Nie — powiedziałam nagle.
Wyszło ze mnie ostro, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Mąż spojrzał na mnie jak na zdrajczynię.
— Co „nie”?
— Jeśli naprawdę nie może oddychać, dzwonisz po pogotowie — powiedziałam twardo. — A nie jedziesz tam jak ratownik z kanapką.
Mąż zawahał się.
— Mamo, zadzwonię po karetkę — powiedział do telefonu, jakby próbował usprawiedliwić się przed nią.
W słuchawce nagle ucichło. Potem usłyszeliśmy jej głos, już mniej dramatyczny.
— Nie, nie! Jak karetka przyjedzie, to sąsiedzi będą gadać… — mruknęła.
I wtedy we mnie coś kliknęło.
Czyli jednak nie umiera.
Nie chce karetki, bo wstyd.
Ale chce, żebyśmy rzucili wszystko i przyjechali.
— Mamo — powiedziałam głośno, tak, żeby słyszała, choć telefon trzymał mąż. — Jeśli jest zagrożenie życia, będzie karetka. Jeśli jej nie chcesz, to znaczy, że nie jest aż tak źle.
W słuchawce eksplodował płacz. Głośniejszy niż kiedykolwiek.
— Ty jesteś okropna! — krzyczała. — Ty mi chcesz zrobić wstyd! Ty chcesz, żebym umarła! Ja wiedziałam, że ty go przeciwko mnie nastawiasz!
Mąż stał jak sparaliżowany. A ja poczułam, że jeśli teraz odpuszczę, to już zawsze będę żyć pod jej płaczem.
— Niech pani przestanie — powiedziałam spokojnie. — Nikt pani nie chce krzywdy. Ale nie będzie pani sterować naszym życiem łzami.
Zaległa cisza. Taka ciężka, że aż dzwoniło mi w uszach.
A potem teściowa powiedziała, już bez łkania, bardzo wyraźnie:
— To ja już wiem, jak to będzie. Ja jestem stara i samotna, a wy macie mnie gdzieś. Dobrze. Pamiętajcie, że na waszym sumieniu będzie wszystko.
Rozłączyła się.
Mąż usiadł na krześle jak człowiek po wypadku.
— Ty jej nie znasz… — wyszeptał. — Ona jak zacznie płakać, to ja… ja nie umiem inaczej.
I wtedy dotarło do mnie, że to nie jest tylko problem teściowej.
To jest problem mojego męża, który całe życie był uczony, że łzy matki oznaczają winę syna.
Że jak matka płacze, to on musi naprawić świat.
Że nie ma prawa do swojego życia, dopóki ona nie jest zadowolona.
Przez kolejne dni teściowa nie dzwoniła. To było jej kolejne narzędzie: cisza jak kara. Mąż chodził nerwowy, co chwilę sprawdzał telefon.
A ja w środku czułam mieszankę ulgi i strachu. Bo wiedziałam, że ona wróci. Zawsze wraca.
I wróciła.
Tym razem nie płakała wprost. Zaczęła od szeptu.
— Synku… ja przepraszam… ja tylko tak bardzo cierpię… ja tak bardzo jestem samotna…
Mąż od razu zmiękł.
— Mamo…
A ja wtedy podeszłam do niego i powiedziałam cicho, ale stanowczo:
— Niech mówi normalnie. Bez płaczu. Jak dorosły z dorosłym.
Teściowa usłyszała. Zamilkła. A potem jej głos stał się twardy jak kamień:
— Aha. Czyli teraz już nawet płakać nie mogę?
I to był moment, kiedy zobaczyłam ją naprawdę: nie jako biedną staruszkę, tylko jako kogoś, kto płaczem robi z siebie królową, a z nas poddanych.
— Możesz płakać — powiedział mąż, pierwszy raz tak spokojnie. — Ale nie możesz wymuszać.
Teściowa wzięła wdech. Jakby miała zacząć kolejny spektakl. I zaczęła.
— Ja… ja… — łkanie.
Mąż przerwał.
— Mamo, jeśli chcesz pomocy, mów konkretnie. Jeśli chcesz się wygadać, możemy porozmawiać. Ale jeśli zaczynasz płakać, żebyśmy rzucili wszystko, to ja kończę rozmowę.
W słuchawce zapadła cisza.
I nagle poczułam coś, czego wcześniej nie było: strach teściowej. Bo jej broń przestała działać.
— Czyli… ty mnie zostawisz? — wyszeptała.
Mąż odpowiedział spokojnie:
— Nie zostawię. Ale nie oddam ci naszego życia.
Kiedy odłożył telefon, w domu było dziwnie cicho. Jak po burzy.
I ja wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. Że ona będzie próbować, będzie robić sceny, będzie nastawiać rodzinę.
Ale pierwszy raz od dawna poczułam, że nasz dom należy do nas.
Nie do jej płaczu.
Bo starość i samotność nie dają prawa do wszystkiego.
Dają prawo do godności.
A godność nie polega na tym, że wymuszasz łzami, tylko że umiesz poprosić — jak człowiek.
To też może cię zainteresować: Ksiądz z TikToka o kopercie po kolędzie. Nagranie robi furorę
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Stoch czekał 7 lat na ten moment. W końcu dopiął swego