Serio. Ten moment, kiedy na klatce słychać tupot małych butów, kiedy drzwi wejściowe niemal wyskakują z futryny i ktoś krzyczy „Baaabciu!”, to jest dla mnie jak tlen. Nagle w mieszkaniu robi się głośno, ciepło, jak dawniej. Jak wtedy, kiedy moje dzieci jeszcze tu mieszkały i wszystko miało sens.

Tylko że jest jedna rzecz, o której myślę już zanim postawię garnek na kuchence.

Zlew.

Sterta naczyń po obiedzie, która zostaje po nich jak ślad po burzy.

Nie umiem gotować „na mało”. To głupie, wiem. Ale jak mam gości, to we mnie się coś odzywa: że ma być rosół, bo wnuk lubi, że mają być kotlety, bo „syn zawsze jadł”, że musi być ciasto, bo przecież wnuczka czeka na kruszonkę. I w trakcie gotowania czuję radość. Prawdziwą. Tylko że radość kończy się zawsze w tym samym miejscu: nad zlewem.

Ostatnio jest gorzej, bo… ja już nie mam takich rąk jak kiedyś.

Palce czasem sztywnieją, jakby ktoś mi włożył w stawy piasek. Kręgosłup potrafi zapiec tak, że muszę złapać się blatu. A zmywarka? Zmywarka padła pół roku temu i „to się naprawi”, tylko że jakoś ciągle są ważniejsze wydatki. Leki męża, rachunki, coś dla wnuków.

W tamtą niedzielę zaczęło się pięknie.

Przyszli wszyscy: syn z żoną i dwójką dzieci, córka z mężem. Wnieśli torby, pudełko z ciastkami, a dzieci od razu pobiegły do pokoju.

— Mamo, ale pachnie! — zawołał syn, jeszcze w kurtce.

I ja od razu poczułam to znajome ciepło, jakby ktoś mnie pochwalił nie tylko za obiad, ale za całe życie.

— Siadajcie, gorące jest — krzątałam się, biegałam między kuchnią a stołem, dolewałam rosołu, podsuwałam dokładki, ścierałam rozlane soki. Wnuk przewrócił szklankę, wnuczka rozsmarowała ketchup po obrusie. Śmiali się. Ja też się śmiałam.

Tylko że w którymś momencie zobaczyłam, jak na blacie w kuchni rośnie kolejka: garnek po rosole, patelnia, miski po surówce, półmisek po kotletach. A w zlewie już leżały talerze „na chwilę”, bo „zaraz ogarnę”.

I wtedy włączył mi się w głowie ten cichy licznik: ile jeszcze zostanie, kiedy wyjdą?

Po obiedzie wypili kawę. Córka wzięła telefon i zaczęła odpisywać. Syn spojrzał na zegarek.

— No to my będziemy się zbierać — powiedział.

To „zbierać” zawsze brzmi tak niewinnie, a dla mnie jest jak sygnał alarmowy.

— Jeszcze ciasta weźcie — powiedziałam szybko, bo tak jest łatwiej. Jak dam im do ręki pudełko, to nie będę musiała patrzeć na ten moment, kiedy dom nagle robi się pusty.

Wnuki przytuliły mnie w biegu. „Pa babciu!” – i już ich nie było. Drzwi się zamknęły, na klatce jeszcze chwilę było słychać śmiech, a potem cisza spadła na mieszkanie jak ciężka kołdra.

Odwróciłam się w stronę kuchni.

Stół wyglądał jak po weselu: talerze, sztućce, tłuste plamy, miseczki z resztkami, kubki z osadem po kawie. Na blacie sos w kropkach, na podłodze okruszki. Zlew pełny.

Zawsze wtedy mówię sobie: spokojnie, to tylko sprzątanie, to nic takiego. Tylko że moje ciało już nie wierzy w to „nic takiego”.

Wzięłam pierwszy talerz. Potem drugi. Włączyłam wodę. I wtedy poczułam ból w krzyżu, taki ostry, że aż mi się zrobiło ciemno przed oczami. Oparłam się o zlew, jakbym miała z niego nie odejść już nigdy.

— Jezu… — wyszeptałam do siebie.

Z salonu dobiegł kaszel męża. On też nie miał siły. Leżał na kanapie i udawał, że śpi, bo wiedział, że jak wstanie, to i tak niewiele pomoże, a jeszcze będzie mu wstyd.

Zmywałam dalej. Talerz po talerzu. Ręce zaczęły mnie piec, woda była za gorąca, a potem za zimna. I w którymś momencie zrobiłam coś głupiego, z pośpiechu: postawiłam miskę krzywo, ona się omsknęła, woda chlusnęła na podłogę.

Zrobiło się ślisko.

Zrobiłam krok w bok i… noga mi odjechała.

Nie przewróciłam się całkiem, złapałam się blatu, ale w tej sekundzie poczułam taki strach, że aż serce mi stanęło. Bo ja nie bałam się upadku.

Ja bałam się tego, że upadnę sama w kuchni, w ciszy, po rodzinnym obiedzie, i nikt nawet nie zauważy, bo wszyscy już będą u siebie.

Usiadłam na krześle, mokra od tej wody, z rękami na kolanach. I zaczęłam płakać. Tak po cichu, żeby mąż nie słyszał, bo ja nie chciałam kolejnej rozmowy o tym, że „może nie rób tyle”, „może zamawiaj”, „może przestań”.

Ja nie chcę przestać ich gościć.

Ja tylko nie chcę kończyć tak.

Następnego dnia bolało mnie wszystko. Dosłownie wszystko. Dłonie jakby mi ktoś ścisnął imadłem, kręgosłup jak po dźwiganiu mebli. A mimo to, kiedy syn zadzwonił, uśmiechnęłam się do telefonu.

— Mamo, dzięki, było pysznie — powiedział.

I ja już miałam powiedzieć „cieszę się”, już miałam udawać, że to było po prostu miłe popołudnie… ale coś we mnie pękło.

— Słuchaj — powiedziałam, starając się mówić normalnie. — Ja się cieszę, że przyjeżdżacie. Naprawdę. Tylko… ja potem nie daję rady sama ze sprzątaniem.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, ta niezręczna.

— Mamo… no przecież my zawsze sprzątamy „po sobie”… — zaczął.

— Nie — przerwałam mu, spokojnie. — Wy mówicie „dziękujemy” i wychodzicie. A ja zostaję z garnkami, z podłogą, z tym wszystkim. I nie mam już dwudziestu lat.

Usłyszałam westchnienie.

— No ale… my też mamy swoje życie, dzieci, obowiązki…

I to zdanie, choć wypowiedziane bez złości, uderzyło mnie jak coś twardego. Bo ja nagle poczułam, że moje życie jest traktowane jak przerwa między ich sprawami.

— Ja też mam życie — powiedziałam cicho. — Tylko ono wam się chyba wydaje niewidoczne.

Syn przez chwilę milczał, a potem rzucił:

— Dobra, mamo, następnym razem pomożemy.

„Następnym razem”. Słowa, które tak łatwo mówią, a ja już wiem, że one często nic nie znaczą.

Następna wizyta przyszła szybciej, niż myślałam. Urodziny wnuka. Oczywiście, że chciałam, żeby były u mnie. Żeby miał tort, żeby były świeczki, żeby czuł, że babcia to jest miejsce, gdzie się świętuje.

Zrobiłam tort. Udekorowałam stół. Uśmiechałam się.

A w brzuchu miałam tylko jedną myśl: czy dziś znów zostanę sama ze zlewem?

Po obiedzie zaczęli się zbierać jak zwykle. Dzieci biegały, ktoś szukał czapki, ktoś telefonu. I wtedy, zanim zdążyłam się wycofać, powiedziałam głośno, do wszystkich, prosto:

— Dobrze, kochani. Zanim wyjdziecie, proszę: talerze do zlewu, sztućce do miski, ktoś niech przetrze stół. Pięć minut.

Zapadła cisza. Taka krótka, ale bardzo wyraźna.

Córka spojrzała na mnie tak, jakbym powiedziała coś nie na miejscu.

— Mamo… serio? — rzuciła. — Dziś? Przecież to urodziny.

Syn odchrząknął.

— Mamo, no… my się spieszymy.

A ja poczułam, że krew mi uderza do głowy. Nie ze złości. Z bezsilności.

— Ja też się „spieszę” — powiedziałam drżącym głosem. — Spieszę się do tego, żeby nie płakać potem w kuchni.

I wtedy zobaczyłam coś, co boli najbardziej: oni nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie mieli argumentu. Tylko dlatego, że pierwszy raz usłyszeli, że za ich „miłym obiadem” jest coś brzydkiego: moja samotna robota, moje bóle, mój strach.

Syn w końcu podszedł i włożył dwa talerze do zlewu. Zrobił to tak szybko, jakby chciał mieć to za sobą. Córka wzięła kubki, ale westchnęła teatralnie. Zięć przetarł stół jednym ruchem, zostawiając mokre smugi.

Pięć minut. Wyszli.

Zostałam sama.

Patrzyłam na kuchnię, na te niedomyte plamy, na zlew, który i tak był pełny, tylko „mniej”. I nagle poczułam coś strasznie gorzkiego: że ja musiałam doprowadzić do sceny, żeby dostać minimum.

Usiadłam w kuchni, w tej ciszy po nich. Mąż spojrzał na mnie z salonu.

— I co? — zapytał.

Nie odpowiedziałam od razu.

Bo prawda była taka, że ja nadal ich kocham. Nadal czekam na odwiedziny. Nadal robię rosół, bo wnuk lubi.

Tylko że teraz, kiedy słyszę dzwonek do drzwi, cieszę się… i jednocześnie czuję, jak ściska mnie w środku.

Nie dlatego, że nie chcę ich widzieć.

Tylko dlatego, że wiem, że po tej miłości zostaje zawsze coś jeszcze.

Sterta naczyń.

I ta chwila, kiedy stoję sama w kuchni, z mokrymi rękami, i myślę sobie najciszej jak umiem: czy ktoś w ogóle widzi, ile mnie to kosztuje?

To też może cię zainteresować: Nie wszyscy o tym wiedzą. Tak naprawdę brzmi pełne imię Marty Nawrockiej

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Miałam 5 lat, kiedy kazali mi żebrać": Dziś nie chcę być ich opiekunką