Stoję przed lustrem w salonie sukien ślubnych, pani krawcowa coś tam przypina, poprawia, marszczy materiał w talii.
– Brzuszyk się trochę zaznacza, ale spokojnie, zakryjemy – mówi życzliwie. – Panna młoda będzie wyglądać jak z żurnala.
„Panna młoda”. Brzmi jak ktoś inny. Nie ja, która w nocy łapię się za brzuch i szeptem przepraszam dziecko, że już na starcie funduję mu życie w kłamstwie.
Narzeczony – Krzysiek – siedzi na krześle pod ścianą. Uśmiecha się, nagrywa mnie telefonem.
– Moje dziewczyny – mówi z dumą. – Dwie najważniejsze w życiu.
Nie wie. Ani o tym, że dziecko nie jest jego, ani o tym, że słowo „miłość” zatrzymało się we mnie na kimś innym.
Prawdziwy ojciec mojego dziecka ma na imię Michał.
Nie ma go w tym salonie, nie będzie go też na ślubie. Był tamtej nocy w klubie, gdzie śmialiśmy się, tańczyliśmy, gdzie powiedział:
– Jesteś dla niego za dobra. On cię nie widzi.
„On”, czyli wtedy jeszcze chłopak, teraz narzeczony. Krzysiek – rozsądny, poukładany, dobry. Tak dobry, że aż mnie to bolało. Z nim dało się planować kredyt, remont, wakacje nad Bałtykiem. Z Michałem dało się tylko płonąć.
Tamtej nocy spłonęłam po całości.
„To ostatni raz, muszę to uciąć” – tłumaczyłam sobie, gdy wychodziliśmy z klubu prosto w ciemność bocznej uliczki. „Jeszcze tylko jedna noc i koniec”.
Miesiąc później patrzyłam na dwie kreski na teście ciążowym.
W głowie miałam prostą matematykę: data, cykl, tamten wieczór. Wszystko krzyczało jednym głosem – to nie jest dziecko Krzyśka.
– Super wieści! – krzyczał Krzysiek, gdy mu powiedziałam, że jestem w ciąży. – Będę tatą! Kochanie, wszystko się ułoży! – wziął mnie w ramiona i zaczął snuć plany. – Ślub możemy przyspieszyć, rodzice się ucieszą, moja mama już od dawna marzy o wnuku.
Stałam jak z kamienia, z jego dłońmi na mojej twarzy, i myślałam tylko o tym, że ojciec mojego dziecka nawet nie odbiera moich telefonów.
Michał zniknął krótko po „ostatniej nocy”. Najpierw tłumaczył, że nie ma czasu, potem, że „nie chce komplikacji”, na koniec przestał się odzywać. Kiedy napisałam:
„Jestem w ciąży. To raczej twoje”.
Długo nie odpowiadał. W końcu przyszło suche:
„Nie wiem, co chcesz ode mnie usłyszeć. Masz narzeczonego. Dla wszystkich będzie lepiej, jak zostanie jego”.
Jakby chodziło o przypisanie nazwiska pod zdjęciem, nie o ludzkie życie.
– Nie wyglądasz na szczęśliwą – powiedziała przyjaciółka, gdy pokazałam jej pierścionek i zdjęcie USG.
Siedziałyśmy w kawiarni. Ona mieszała kawę, patrząc na mnie uważnie.
– Boję się – wzruszyłam ramionami. – Ślub, dziecko, kredyt… To dużo.
– To nie „dużo”. To tyle. – Popatrzyła mi w oczy. – Ty go nie kochasz.
Zacisnęłam dłonie na kubku.
– On będzie dobrym ojcem – wymamrotałam. – Też coś się liczy. Dziecko powinno mieć dobrego ojca.
– Dobrego, ale nie swojego? – zapytała cicho.
Zamknęłam oczy. Przez chwilę widziałam dwie twarze: Krzyśka, który trzyma mnie za rękę w gabinecie ginekologa, i Michała, który pisze krótkie: „Daj spokój”. Dziecko gdzieś pośrodku, między pragnieniem bycia chcianym a byciem wygodnie „przypisanym”.
– Nie stać mnie na inną prawdę – powiedziałam w końcu. – Sama z dzieckiem? W wynajętym pokoju? Bez jego wsparcia? Bez tej rodziny, którą teraz mam na wyciągnięcie ręki? Ja… nie dam rady.
Przyjaciółka odwróciła wzrok. Nie potrafiła mnie potępić, ale nie umiała też przyklasnąć.
Przymiarki, zaproszenia, wybór kwiatów – wszystko dzieje się jak we śnie, w którym gram główną rolę, ale ktoś inny napisał scenariusz.
– Będzie pięknie – mówi Krzysiek. – Nasz początek. My troje.
My troje.
Wieczorami głaszczę brzuch i szeptem tłumaczę dziecku:
– On ci nic złego nie zrobi. On będzie cię woził do szkoły, czytał bajki, uczył jeździć na rowerze. Będzie cię kochał… Może nawet bardziej niż ja jego.
A potem przychodzi druga myśl, ta ciemniejsza:
„A gdy kiedyś dowiesz się prawdy? Gdy ktoś ci powie, że twój genetyczny ojciec powiedział »daj spokój«, gdy się dowiedział, że istniejesz? Czy bardziej znienawidzisz jego, czy mnie? Tę, która zdecydowała za ciebie, kto ma być twoim tatą?”
Czasem wyobrażam sobie, że wszystko wyznaję.
Krzysiek siedzi naprzeciwko, ja biorę głęboki oddech i mówię:
– To nie twoje dziecko. Zdradziłam cię. Mogę wyjść, możesz mnie znienawidzić, rozwieść się, wyrzucić, ale nie będę cię oszukiwać.
W tej fantazji on wstaje, trzaska drzwiami, ślub odwołany, rodzina na mnie pluje. Zostaję sama z walizką i brzuchem, którego nie da się już ukryć.
A potem widzę inną scenę: milczę, bierzemy ślub, żyjemy jak normalna rodzina. On uczy dziecko jazdy na nartach, nosi je na barana, mówi „synek” albo „córeczka” z pełnym przekonaniem. Tylko ja będę wiedzieć. Tylko ja będę nosić w sobie tę zardzewiałą prawdę, która z roku na rok coraz bardziej zacznie mnie gryźć.
Który scenariusz jest bardziej dramatyczny? Ten, w którym tracę wszystko, czy ten, w którym tracę siebie?
W salonie sukien ślubnych pani krawcowa zdejmuje mi z ramion materiał.
– Będzie jak marzenie – uśmiecha się. – Piękna panna młoda, przystojny pan młody, maluszek w drodze… Bajka.
Krzysiek wstaje, podchodzi, obejmuje mnie od tyłu. W lustrze widzę naszą trójkę: jego, mnie i lekko zaokrąglony brzuch między nami.
– Wszystko się ułoży – szepcze mi do ucha. – Obiecuję.
Nie odpowiadam.
Bo może właśnie na tym polega mój dramat – że najbardziej boję się, iż on naprawdę dotrzyma tej obietnicy. Że będzie dobrym mężem i ojcem. A ja do końca życia będę nosić w sobie tajemnicę, która zaczęła się od jednej nocy z kimś, kogo nazwę dziecko będzie znało tylko z moich koszmarów.
To też może cię zainteresować: Minęły już dwa lata od śmierci Gabriela Seweryna. Wiadomo, jak dziś wygląda jego grób
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Chciałam być oparciem dla syna po rozwodzie": On wykorzystał mnie jak popychadło w swoim własnym domu