Mówię to dzisiaj bez lukru, bez prób tłumaczenia go, siebie, losu. Głupia byłam, bo uwierzyłam, że jak przebaczę i „zamkniemy temat”, to życie wróci na dawne tory. Nie wróciło. Tory się urwały, a ja stoję na ich końcu z cudzym dzieckiem na rękach.
O jego kochance dowiedziałam się, jak większość żon – przypadkiem. Telefon, wiadomość, jedno „tęsknię za tobą” napisane nie do mnie. Potem jeszcze kilka tygodni kłamstw, że „to tylko koleżanka z pracy”, że „przesadzam”, że „jestem chorobliwie zazdrosna”. Prawda wyszła na jaw, kiedy ona zaszła w ciążę.
– To pomyłka – mówił, blednąc, jakby ktoś spuścił z niego krew. – Nie chciałem tego… To był błąd, głupi romans, głupia historia. Dziecka nie planowałem.
A ja siedziałam naprzeciwko, jak sparaliżowana, i patrzyłam mu w usta. Nie w oczy – w usta. Bo te same usta przysięgały mi wierność przed ołtarzem.
Pamiętam ten wieczór. Krzyki, płacz, wyzwiska, żal wypowiedziany w tysiącu zdań. Potem cisza. Taka, że aż dzwoniło w uszach.
– Wybacz mi – powiedział w końcu. – Przysięgam, że wszystko naprawię. Będę płacił, pomogę, ale ja ciebie kocham. Z nią mnie nic nie łączy, tylko… – urwał.
„Tylko dziecko” – dokończyłam w myślach.
Miałam dwa wyjścia: wyrzucić go, rozwieść się, zacząć od zera… albo trzymać się tego, co zostało, jak tonący brzytwy. Wybrałam to drugie. Ze strachu. Z przyzwyczajenia. Z nadziei, że może, jak się postaram, to będzie jak dawniej.
Podpisałam sobie wyrok.
Jego kochanka urodziła chłopca.
– Nie chcę z nim mieć nic wspólnego – syknęła podobno do mojego męża przy ostatniej rozmowie. – Zrujnowałeś mi życie, nie będę jeszcze matką na twoich warunkach. Rób, co chcesz.
Zniknęła. Jak kamień w wodę. Zostawiła dziecko w szpitalu. Podpisała papiery. Koniec.
Pewnego dnia mój mąż wrócił do domu z pustymi oczami i głosem, w którym pierwszy raz usłyszałam zwykły ludzki strach.
– Ona go oddała – powiedział. – Rozumiesz? Zostawiła go. Jeśli ja go nie wezmę… jeśli my go nie weźmiemy… pójdzie do domu dziecka.
„My”.
To jedno słowo mnie uderzyło. Przez moment zobaczyłam przed oczami obraz: ja, karmiąca cudze dziecko, które jest żywym dowodem jego zdrady. Dziecko, które, jak dorośnie, będzie miało jego oczy. I może jej uśmiech.
– To nie jest moje „my” – wydusiłam. – To twoje dziecko. Z niej. Nie ze mnie.
Usiadł naprzeciwko, trzymając się za głowę.
– Błagam, nie mów tak. On jest niewinny. Ja zawiniłem, ona zawiniła, ale on? Co, mamy go zostawić? – spojrzał na mnie. – Poradzimy sobie. Ty jesteś najlepszą matką, jaką znam. Pokochasz go…
Zacisnęłam pięści.
– Nie waż się mówić mi, co będę czuła – powiedziałam cicho. – Ty go kochaj. Ja jeszcze nie wiem, czy potrafię.
A jednak pojechałam z nim do szpitala.
Nie wiem, co mną kierowało. Ciekawość? Wyrzuty sumienia? Może resztki tego, co kiedyś nazywałam małżeństwem.
Leżał w łóżeczku. Mały, pomarszczony, z zaciśniętymi piąstkami. Na karteczce przy łóżku widniało tylko nazwisko męża. Mnie tam nie było. Byłam cieniem przy drzwiach.
– Mogę go wziąć? – spytał mąż drżącą ręką.
Położna skinęła głową.
Wziął dziecko na ręce, ostrożnie, jakby trzymał w ramionach cały swój grzech. Chłopczyk otworzył oczy. Na sekundę spojrzeli sobie w twarz. Coś we mnie wtedy pękło, ale inaczej, niż myślałam.
Nie poczułam nienawiści do niego. Tylko ogromny, wściekły żal do nas – dorosłych, którzy tak pięknie wszystko spieprzyli.
– Chcesz go potrzymać? – spytał mąż szeptem.
– Nie umiem – odparłam odruchowo.
– Umiesz – powiedziała położna. – Widzę po pani. To nie pierwszy raz, prawda?
Moje ręce same wyciągnęły się przed siebie. Dziecko było lekkie, cieplutkie, pachniało szpitalem i mlekiem. Popatrzyło na mnie gdzieś ponad moim obojczykiem, jakby szukało świata.
„Nie prosiłeś się na ten świat” – pomyślałam. – „A już jesteś problemem”.
Kiedy przywieźliśmy go do domu, czułam, jakby ktoś wstawił mi w salonie lustro mojej krzywdy.
Każdy jego płacz przypominał mi o rozmowach w łazience, których nie słyszałam. Każda butelka z mlekiem – o filiżankach kawy wypitych z nią. Każda noc nieprzespana – o jego „służbowych wyjazdach”.
Byłam jak automatyczna niania. Karmiłam, przewijałam, usypiałam. Mąż niby pomagał, ale szybko „wrócił do pracy”. A praca, jak już wiedziałam, bywa bardzo pojemnym słowem.
– Dziękuję, że go przyjęłaś – powtarzał.
A we mnie się zbierało. Litr po litrze, łza po łzie.
Byłam głupia, że wybaczyłam zdradę.
Teraz wybaczenie do mnie wracało jak bumerang – nie w postaci kwiatów, przeprosin, wspólnych wyjazdów. W postaci cudzych oczu w łóżeczku obok.
Najgorsze noce były te, kiedy mały gorączkował.
Siedziałam przy nim, przykładając mu chłodne kompresy do czoła. Mąż spał w drugim pokoju – „musi rano wstać, żeby zarobić na nas wszystkich”. Patrzyłam na dziecko, na ten mały, rozpalony organizm, i czułam takie rozdarcie, że aż mnie fizycznie bolało.
Z jednej strony chciałam go przytulić mocniej, ochronić przed całym światem, także przed nami.
Z drugiej strony, w głębi, była ciemna chmura: obraz kobiety, która go urodziła i po prostu wyszła. Jak się wychodzi z kina, z kiepskiego filmu.
Marzyłam, żeby kiedyś los ją dopadł. Żeby wróciło do niej każde moje czuwanie przy tym łóżeczku, każda noc bez snu, każda kropla łez, które wsiąkały w poduszkę, gdy nikt nie patrzył.
Nie jestem święta. W głowie miałam scenariusze, w których staje przed drzwiami, skruszona, a ja mówię chłodnym głosem: „Za późno. Urodziłaś i oddałaś. Ja nosiłam, gdy płakał. Ja byłam, kiedy miał czterdzieści stopni gorączki. Nie ma już do czego wracać”.
A potem patrzyłam na jego małą buzię i myślałam: „A jak on ją kiedyś o to wszystko zapyta? Co mu wtedy powiem? Że jego matka była potworem, a ja świętą? Przecież to nieprawda”.
Nie wiem, czy go pokocham tak jak własne dzieci. Może tak. Może inaczej. Miłość nie jest przecież kopiuj-wklej. Jest wyborem, podejmowanym codziennie.
Ale wiem jedno: najgłupszą rzeczą, jaką zrobiłam, było myślenie, że wybaczenie zdrady zakończy tę historię. Ono dopiero ją zaczęło.
Teraz każda moja łza ma imię. Jest nim on – mały chłopiec, który niczemu nie jest winien, a jednak codziennie przypomina mi, jak bardzo dorośli potrafią skrzywdzić siebie nawzajem.
I choć marzę czasem, by kochanka zapłaciła za każdą moją łzę, to najbardziej na świecie chcę, żeby on nie płacił za żadne z naszych.
To też może cię zainteresować: Modlitwa rodziców za dzieci. Słowa, które powierzają je Bogu każdego dnia
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Niespodziewana decyzja TVP w sprawie Elżbiety Jaworowicz. Widzowie będą zaskoczeni