Syn nie odzywał się do mnie od prawie dwóch lat.
Pokłóciliśmy się, gdy poprosił o czterdzieści tysięcy złotych na rozwój firmy. Zgodziłam się pożyczyć pieniądze, ale chciałam spisać umowę. Paweł uznał, że mu nie ufam.
— Skoro własna matka traktuje mnie jak złodzieja, nie mamy o czym rozmawiać — powiedział.
Przestał odbierać telefony. Nie zapraszał mnie na święta i nie przedstawił mi swojej narzeczonej. Wiedziałam tylko, że ma na imię Karolina.
Zaproszenie potraktowałam jak wyciągniętą rękę. Kupiłam elegancką sukienkę, a młodej parze przygotowałam kopertę z pięcioma tysiącami złotych. Była to dla mnie ogromna kwota, ale chciałam pokazać synowi, że nadal jest dla mnie ważny.
Podczas ceremonii Paweł uśmiechnął się do mnie. Po raz pierwszy od dwóch lat nazwał mnie mamą.
Na sali weselnej posadzono mnie przy stole z rodzicami panny młodej. Jej matka, pani Alicja, była wobec mnie uprzejma, choć wyglądała na zdenerwowaną. Tuż przed podaniem obiadu wyjęła z torebki granatową teczkę.
— Załatwmy formalność, zanim zacznie się przyjęcie — powiedziała. — Paweł zapewniał, że wszystko jest z panią uzgodnione.
Położyła przede mną umowę darowizny.
Zgodnie z dokumentem miałam w ciągu siedmiu dni przekazać młodej parze sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Pieniądze miały pochodzić ze sprzedaży działki, którą odziedziczyłam po mężu.
— To jakaś pomyłka — powiedziałam. — Nie zamierzam sprzedawać działki.
Alicja pobladła.
— Paweł twierdził, że nieruchomość została już wystawiona na sprzedaż. My przekazaliśmy młodym sto osiemdziesiąt tysięcy na wkład własny. Pani miała dołożyć tyle samo.
Zawołała córkę i mojego syna.
Paweł spojrzał na umowę, a potem na mnie.
— Mamo, rozmawialiśmy o tym.
— Nie rozmawialiśmy od dwóch lat.
— Ale wiesz, że potrzebujemy mieszkania. Rodzice Karoliny dali swoją część. Teraz kolej na ciebie.
Pani Alicja wyjęła telefon. Pokazała mi wiadomości od Pawła. Pisał, że działka jest warta ponad trzysta tysięcy złotych i że obiecałam sprzedać ją zaraz po ślubie. Twierdził również, że przez ostatnie miesiące pomagał mi załatwiać formalności.
Nie widziałam go przez dwa lata.
— Dlaczego kłamałeś? — zapytała Karolina.
— Nie kłamałem. Mama po prostu znowu zmieniła zdanie.
Syn próbował włożyć mi długopis do ręki.
— Podpisz. Nie rób sceny na moim weselu.
Wtedy zauważyłam, że w umowie wpisano numer rachunku należącego wyłącznie do Pawła. Pieniądze nie miały nawet trafić na wspólne konto małżonków.
— Nie podpiszę.
Syn chwycił mnie za nadgarstek.
— Przez ciebie zostaniemy bez mieszkania!
— Przeze mnie? To ty wydałeś pieniądze, których nigdy ci nie obiecałam.
Karolina zaczęła płakać. Dowiedziałam się, że jej rodzice przekazali oszczędności jeszcze przed ślubem. Część miała zostać przeznaczona na wkład własny, lecz Paweł wydał prawie połowę na samochód, podróż poślubną i drogie przyjęcie. Zapewniał, że uzupełni brakującą kwotę z mojej darowizny.
— Mówiłeś, że twoja mama nie przychodzi, bo wstydzi się tego, jak cię traktowała — powiedziała Karolina.
— A mnie mówiłeś, że ona nie chce mnie poznać — odpowiedziałam.
Pani Alicja zabrała umowę i rozerwała ją na pół.
— Niech pani niczego nie podpisuje — powiedziała. — Wygląda na to, że obie rodziny zaproszono tutaj tylko po pieniądze.
Paweł wpadł w furię. Oskarżył mnie o zniszczenie najważniejszego dnia jego życia. Goście zaczęli się odwracać, orkiestra przestała grać, a kelnerzy stali z talerzami w drzwiach.
Karolina zdjęła obrączkę i położyła ją obok winietki męża.
— Jeśli potrafiłeś przez dwa lata okłamywać mnie, moich rodziców i własną matkę, nie wiem, za kogo dzisiaj wyszłam — powiedziała.
Wesele skończyło się, zanim podano tort.
Paweł zadzwonił do mnie następnego ranka. Nie przeprosił. Zażądał, żebym zapłaciła rachunek za niewykorzystane jedzenie, ponieważ to przeze mnie goście wcześniej wyszli.
Rozłączyłam się.
Karolina po kilku tygodniach złożyła pozew o rozwód. Jej rodzice odzyskali część pieniędzy dopiero po sprzedaży samochodu Pawła. Syn do dziś twierdzi, że wszyscy się przeciwko niemu sprzysięgli.
Działki nie sprzedałam. Przeznaczyłam ją na zabezpieczenie własnej starości i sporządziłam testament.
Przez dwa lata marzyłam, żeby syn ponownie zaprosił mnie do swojego życia. Dopiero przy weselnym stole zrozumiałam, że nie potrzebował matki — potrzebował podpisu pod umową i pieniędzy po ojcu.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. Dałam wnukowi klucze, żeby doglądał domu po odejściu męża. Kamera sąsiada pokazała, co wynosił każdego wieczoru
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Pracowałam za granicą, żeby syn mógł wybudować dom. Gdy wróciłam do Polski, na furtce zobaczyłam nazwisko jego teściów