Brenda Fricker, irlandzka aktorka i laureatka Oscara, zmarła w wieku 81 lat. Informację o jej odejściu potwierdził agent artystki.

Dla wielu osób jej rola w świątecznym klasyku z Macaulayem Culkinem była jedną z najbardziej wzruszających scen całego filmu. Fricker zagrała kobietę mieszkającą w Central Parku, która początkowo budzi lęk Kevina, ale później okazuje się jedną z najcieplejszych postaci w historii.

Widzowie pokochali ją za rolę kobiety z gołębiami

„Kevin sam w Nowym Jorku” od lat wraca na ekrany w okresie świątecznym, a postać grana przez Brendę Fricker stała się jednym z symboli filmu. Aktorka wcieliła się w samotną kobietę karmiącą gołębie w Central Parku. Jej bohaterka zaprzyjaźnia się z Kevinem i pomaga mu w najtrudniejszym momencie.

Ta rola była drugoplanowa, ale wyjątkowo zapadła widzom w pamięć. W filmie pełnym komediowych scen i rodzinnego chaosu to właśnie wątek samotności, zaufania i przyjaźni wniósł do historii więcej ciepła oraz emocji.

Dla wielu fanów Brenda Fricker już zawsze pozostanie „panią od gołębi”, choć jej dorobek aktorski był znacznie większy.

Była pierwszą Irlandką z Oscarem

Zanim szeroka publiczność poznała ją dzięki „Kevinowi”, Brenda Fricker miała już na koncie najważniejsze wyróżnienie w świecie filmu. W 1990 roku zdobyła Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej za rolę w filmie „Moja lewa stopa”.

W produkcji Jima Sheridana zagrała matkę Christy’ego Browna, irlandzkiego artysty urodzonego z mózgowym porażeniem dziecięcym, który mógł kontrolować jedynie lewą stopę. W głównej roli wystąpił Daniel Day-Lewis, również nagrodzony Oscarem.

Fricker przeszła wtedy do historii jako pierwsza irlandzka aktorka, która zdobyła statuetkę Akademii Filmowej. Był to ogromny sukces nie tylko dla niej, ale także dla irlandzkiego kina.

Oscar nie przyniósł jej wyłącznie radości

Choć Oscar jest marzeniem wielu aktorów, Brenda Fricker po latach mówiła o nim z dużym dystansem. Przyznawała, że tak wielki sukces mógł paradoksalnie utrudnić jej dalszą karierę. Czuła, że zaczęto ją szufladkować i rzadziej proponowano jej różnorodne role.

To pokazuje, jak nieoczywista bywa droga artysty po zdobyciu największych nagród. Wyróżnienie, które miało otworzyć wszystkie drzwi, czasem staje się także ciężarem oczekiwań.

Fricker nie była typową hollywoodzką gwiazdą. Miała własny styl, silny charakter i opinię aktorki, która nie zabiegała o popularność za wszelką cenę.

Jej kariera trwała przez dekady

Brenda Fricker urodziła się w Dublinie i zaczynała karierę w latach 60. Występowała w teatrze, telewizji i filmie. Widzowie znali ją m.in. z serialu „Na sygnale”, a także z takich produkcji jak „The Field”, „Poślubiłem morderczynię”, „Anioły na boisku”, „Czas zabijania” czy „Veronica Guerin”.

Jej aktorstwo było dalekie od efektowności na pokaz. Potrafiła budować postaci ciche, poranione, silne i pełne wewnętrznej prawdy. To właśnie dzięki temu nawet krótsze role zostawały z widzami na długo.

W „Kevinie samym w Nowym Jorku” nie potrzebowała wielu słów, by stworzyć bohaterkę, która poruszyła miliony osób. Wystarczyło spojrzenie, gest i spokój, który kontrastował z filmowym tempem przygód Kevina.

Fani żegnają aktorkę z ogromnym wzruszeniem

Informacja o odejściu Brendy Fricker poruszyła widzów na całym świecie. Dla jednych była przede wszystkim laureatką Oscara i ikoną irlandzkiego kina. Dla innych — twarzą jednej z najbardziej pamiętnych postaci świątecznego filmu, który co roku gromadzi przed telewizorami całe rodziny.

Jej bohaterka z „Kevina samego w Nowym Jorku” przypominała, że za samotnością często kryje się historia, której nikt nie zna. To przesłanie po latach nadal działa na widzów, być może nawet mocniej niż w chwili premiery filmu.

Brenda Fricker zostawiła po sobie role, które nie starzeją się razem z czasem. I choć odeszła, widzowie będą wracać do niej co roku, gdy Kevin znów zgubi rodzinę w Nowym Jorku i spotka kobietę z gołębiami w Central Parku.

To też może cię zainteresować: Karol Nawrocki podpisał ważną ustawę. Miliony seniorów mogą odczuć zmianę

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Mama zdecydowała się wyjść za mąż w wieku 63 lat": Nie mogłam sobie wyobrazić czegoś takiego