Gościem Janusza Schwertnera była Agnieszka Woźniak-Starak, która w długiej i bardzo osobistej rozmowie wróciła do najbardziej dramatycznych momentów swojego życia. Opowiadała zarówno o drodze zawodowej, jak i o tragedii po śmierci męża, Piotra Woźniaka-Staraka, oraz o tym, jak to doświadczenie zmieniło jej sposób myślenia o świecie.

Kariera, nieśmiałość i syndrom oszusta

W pierwszej części wywiadu Woźniak-Starak wróciła do początków pracy w mediach. Mówiła o nieśmiałości i o tym, że przez długi czas towarzyszyło jej poczucie, iż „nie jest wystarczająco dobra” — mimo kolejnych sukcesów. Wspominała także o realiach show-biznesu: napięciach, konfliktach oraz presji, która potrafi narastać w pracy w telewizji i przy dużych formatach.

Zaznaczyła, że z czasem zmieniła podejście do zawodu. Dziś ważniejsze są dla niej autentyczność i własne granice niż dopasowywanie się do cudzych oczekiwań. Ten wątek — o dojrzałości i „przestawieniu zwrotnicy” — wybrzmiewał w rozmowie wielokrotnie.

„Reset”, po którym wszystko wygląda inaczej

Najbardziej poruszająca część wywiadu dotyczyła śmierci Piotra Woźniaka-Staraka i tego, co działo się z nią w kolejnych dniach i miesiącach. Dziennikarka opisywała stan, w którym codzienność traci sens, a priorytety zmieniają się gwałtownie — jakby ktoś w jednej chwili wyłączył dotychczasowe „ważne sprawy”.

Jedno zdanie szczególnie oddało ten moment przewartościowania:

„Jak ci się wali jednego dnia świat na głowę, to nagle otwierasz oczy i się orientujesz, jakie to wszystko jest nieistotne po prostu.”

Mówiła, że wtedy jej celem nie było „ogarnięcie życia” ani powrót do dawnej energii — tylko przetrwanie. W praktyce ratowały ją najprostsze rytuały: spacery z psami i bieganie. Nie przedstawiała tego jako sportowej motywacji, ale jako metodę na przejście przez kolejne godziny i złapanie choć minimalnej ulgi.

„Chodziłam trzy godziny po tym lesie z psami pod Warszawą i biegałam po 10 km, żeby jakieś endorfiny złapać.”

W jej opowieści to właśnie te powtarzalne czynności — ruch, wysiłek, zmęczenie — były sposobem, by nie zostać sam na sam z bólem w najostrzejszym wydaniu.

Intuicja i prośba o specjalistę jeszcze w trakcie poszukiwań

Jednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy było wspomnienie czasu, gdy trwały poszukiwania Piotra. Woźniak-Starak podkreśliła, że już wtedy czuła, iż może nie udźwignąć emocjonalnie tego, co się dzieje. Dlatego — kierując się intuicją i troską o własne bezpieczeństwo psychiczne — poprosiła, by na miejscu był psychiatra lub psycholog.

„Ja bym chciała, żebyście ściągnęli psychiatrę albo psychologa na miejsce, bo ja nie jestem w stanie przewidzieć jak zareaguję. Ja będę potrzebowała pomocy i chcę, żeby ktoś był na miejscu.”

To ważny element tej historii: nie czekała, aż kryzys ją zmiecie, tylko próbowała zabezpieczyć się zawczasu. Wprost mówiła o tym, że reakcje w takiej sytuacji bywają nieprzewidywalne i że pomoc specjalisty jest realnym wsparciem, a nie „luksusem”.

Rozmowa jako forma przetrwania

W wywiadzie wracał też wątek długich rozmów z bliskimi. Woźniak-Starak opisywała, że po tragedii miała ogromną potrzebę mówienia — dzielenia się emocjami, wspomnieniami, przeżywaniem żałoby „na głos”, we wspólnocie. To nie były krótkie wymiany zdań, ale wielogodzinne, wyczerpujące rozmowy, które ciągnęły się miesiącami.

„Miałam straszną potrzebę mówienia o tym (…) Rozmawialiśmy o swoich emocjach, o wszystkim, o Piotrku, o tym, co się wydarzyło i to trwało wiele miesięcy, aż przyszła pandemia.”

Z jej relacji wynikało, że właśnie to — mówienie i słuchanie — pomagało jej porządkować chaos i oswajać rzeczywistość, która nagle stała się obca.

Śmierć jako temat, którego przestała się bać

Z czasem opowieść przeszła w bardziej egzystencjalny ton. Woźniak-Starak mówiła, że długotrwały charakter tej tragedii sprawił, iż zaczęła inaczej patrzeć na śmierć. Podkreślała, że dla niej to nie był jeden punkt w czasie, ale proces rozciągnięty, bolesny i wymagający.

Mówiła też o szukaniu sensu i odpowiedzi — między innymi w książkach o życiu po śmierci. Z jej słów wynikało, że ta potrzeba „namierzenia” tego, co mogło stać się z Piotrem, była elementem radzenia sobie z rozpaczą i pustką.

W tej części padło jedno z najbardziej zapamiętywalnych zdań:

„Ja jakby oswoiłam tę śmierć też przez to, bo ona, bo to było... to nie była zwykła śmierć, bo to trwało po prostu wszystko bardzo długo, ta cała tragedia i wszystko co się działo wtedy. [...] Przestałam się bać śmierci na przykład zupełnie, bo ja wiem, że śmierć nie istnieje. Ja naprawdę nie wiem, ale wiem, że coś jest dalej. Musi coś być dalej” – powiedziała Agnieszka Woźniak-Starak.

I dodała, że tragedia uświadomiła jej jeszcze coś: śmierć jest częścią życia, a nikt nie ma pewności, kiedy i w jakiej formie dotknie jego samego lub kogoś bliskiego.

Wywiad, który zostaje w głowie

Rozmowa Agnieszki Woźniak-Starak z Januszem Schwertnerem nie była tylko opowieścią o stracie. To także historia o intuicji, o świadomym sięganiu po pomoc, o wspólnocie rozmowy i o tym, jak trauma potrafi zmienić hierarchię wartości.

Ten odcinek „Prześwietleń” poruszył widzów, bo nie był opowiedziany „na pokaz”. Zamiast gotowych formuł i gładkich wniosków pojawiła się szczerość — oraz bardzo ludzka próba nazwania czegoś, czego często nie da się opisać bez bólu.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Dostałam wysoką emeryturę, a dzieci od razu chciały mnie naciągnąć": Nie dam im już ani złotówki

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Od 1 marca wyższe emerytury. ZUS podnosi świadczenia