Miał 95 lat. Informację o jego śmierci przekazała żona, Luciana Pedraza, w poruszającym wpisie w mediach społecznościowych. Artysta odszedł spokojnie w swoim domu, w otoczeniu najbliższych.

„Dla świata był laureatem Oscara, reżyserem i gawędziarzem. Dla mnie był po prostu wszystkim” – napisała Pedraza.

Od „Zabić drozda” do statusu legendy

Kariera Duvalla nabrała rozpędu w 1962 roku, gdy zagrał w ekranizacji powieści „Zabić drozda”. To właśnie ta rola otworzyła mu drzwi do Hollywood. W kolejnych latach stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów swojego pokolenia.

Światową sławę przyniosła mu rola Toma Hagena w filmie The Godfather w reżyserii Francis Ford Coppola. Z Coppolą spotkał się także na planie monumentalnego Apocalypse Now. Jako podpułkownik Kilgore wypowiedział jedną z najsłynniejszych kwestii w historii kina: „Kocham zapach napalmu o poranku”.

Duvall był sześciokrotnie nominowany do Oscara. Statuetkę zdobył za rolę w filmie Tender Mercies. Na koncie miał także cztery Złote Globy i dziesiątki innych nagród branżowych.

Artysta wszechstronny

Choć kojarzony głównie z rolami silnych, często wojskowych postaci, Duvall był artystą o niezwykłej wszechstronności. Pisał scenariusze, reżyserował i produkował filmy. Interesował się muzyką – szczególnie country – i występował jako wokalista.

Początki jego drogi nie były łatwe. Po studiach aktorskich w Nowym Jorku dzielił mieszkanie z młodymi wówczas aktorami, takimi jak Dustin Hoffman czy Gene Hackman. Zanim odniósł sukces, podejmował różne prace, by utrzymać się w mieście.

Życie prywatne i ostatnie lata

W 2005 roku poślubił Lucianę Pedrazę, młodszą od siebie o 41 lat. W wywiadach podkreślał, że to ona daje mu siłę i motywację. Ostatni raz na ekranie pojawił się w filmie „Bielmo” w 2022 roku, po czym wycofał się z życia zawodowego.

Mimo zaawansowanego wieku do końca zachował jasność umysłu i dystans do sławy. W jednym z wywiadów mówił, że najważniejsze są przyjaźń, dobre jedzenie i pasja do pracy.

Koniec epoki w Hollywood

Śmierć Roberta Duvalla to symboliczne zamknięcie rozdziału w historii kina. Przez ponad sześć dekad tworzył role, które stały się częścią popkultury. Jego ekranowa charyzma, precyzja aktorska i umiejętność budowania silnych, zapadających w pamięć postaci sprawiły, że zapisał się w panteonie największych.

Dla widzów pozostanie Tomem Hagenem, podpułkownikiem Kilgorem i dziesiątkami innych bohaterów. Dla najbliższych – człowiekiem pełnym pasji i miłości.

To też może cię zainteresować: Moment, który widzowie zapamiętają. Żart Huberta Urbańskiego w „Milionerach” podbił sieć

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Biologiczna matka mojej córki pojawiła się w dniu jej urodzin": To, co powiedziała córka, mnie rozbiło