Moje dorosłe dzieci – syn i córka – siedziały naprzeciwko mnie, unikając wzroku. Przed nimi leżały kolorowe broszury z uśmiechniętymi staruszkami na okładkach.
– Mamo, to dla twojego bezpieczeństwa – zaczął syn, nerwowo bębniąc palcami o blat. – Ostatnio zapomniałaś wyłączyć gaz. A te schody... wiesz, że ledwo po nich wchodzisz.
Zamurowało mnie. Przecież jeszcze wczoraj planowałam, co posadzę w ogródku na wiosnę. Ta nowość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Czułam, jak ściany mojego domu, w którym spędziłam czterdzieści lat, nagle zaczynają się ode mnie oddalać.
Patrzyłam na te foldery. „Jesienna Rezydencja”, „Złoty Spokój”. Piękne nazwy dla miejsc, w których czeka się na koniec. Chciałam krzyczeć, że nigdzie się nie wybieram, że to mój dom, moje wspomnienia zapisane w każdej rysie na podłodze.
Spojrzałam jednak na moją córkę. Miała podkrążone oczy, a w jej dłoniach drżał telefon, na który co chwilę przychodziły maile z pracy. Zobaczyłam w ich oczach nie nienawiść, ale paniczny lęk i zmęczenie. Byli uwiązani moją starością, moimi lękami, moją nieporadnością.
– Tak będzie lepiej – szepnęłam, a słowa te smakowały jak piołun.
Dali mi tydzień. Siedem dni na to, by zmieścić całe życie w jednej walizce. Co wybrać? Zdjęcie męża, który zmarł dziesięć lat temu? Ulubiony kubek z wyszczerbionym uchem? Starą apaszkę?
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, stałam w przedpokoju. Dzieci biegały po pokojach, oklejając meble taśmą, planując, co sprzedać, a co wyrzucić. Stałam się dla nich projektem logistycznym. Serce mi pękło, gdy usłyszałam, jak syn mówi przez telefon: „Tak, dom będzie wolny od przyszłego miesiąca”.
Zrozumiałam wtedy, że mój dom przestał być mój w chwili, gdy przestałam być w nim przydatna.
Teraz siedzę w pokoju, który pachnie chlorem i obcym nieszczęściem. Mam tu łóżko z barierką, białą szafkę i okno z widokiem na parking. Dzieci dzwonią w niedzielę. „Jak jedzenie, mamo? Masz tam opiekę, rehabilitację, ciesz się tym!”.
Uśmiecham się do słuchawki i mówię, że jest dobrze. Kłamię, bo ich kocham. Kłamię, bo nie chcę, by czuli wyrzuty sumienia, gdy kładą się spać w swoich wygodnych domach. Wybrali dla mnie to miejsce, by mieć spokojne sumienie, a ja je zaakceptowałam, by dać im wolność.
Tak będzie lepiej – powtarzam sobie każdej nocy, patrząc w sterylny sufit. Lepiej dla nich. Bo dla mnie życie skończyło się w chwili, gdy przekręciłam klucz w zamku mojego starego domu po raz ostatni.
To też może cię zainteresować: Twój znak zodiaku ma swojego Anioła Stróża. Kto nad tobą czuwa
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Moja 52-letnia teściowa jest w ciąży i nie wie, kto jest ojcem": Nie widzi w tym problemu