Sama nie mam dzieci, więc chciałam dać małej wszystko, co najlepsze. Marta nigdy nie śmierdziała groszem, więc postanowiłam, że wyprawka będzie królewska. Wydałam połowę swojej pensji na ubranka z najwyższej półki – z organicznej bawełny, z ręcznie robionymi detalami, od projektantów, na których normalnie nikogo w naszej rodzinie nie stać.
– To są rzeczy na lata, Martuś – mówiłam, wręczając jej pięknie zapakowane pudełka. – Jak mała wyrośnie, schowaj je dla drugiego dziecka albo sprzedaj, bo to ma realną wartość.
Marta tylko wzruszyła ramionami i rzuciła niedbałe: „Dzięki, fajne szmatki”. Już wtedy poczułam ukłucie w sercu, ale zwaliłam to na karb jej zmęczenia po porodzie.
Dwa tygodnie później wpadłam do niej bez zapowiedzi. Chciałam zabrać małą na spacer. Marta była w kuchni, a ja weszłam do łazienki, żeby umyć ręce. To, co zobaczyłam w koszu na brudną bieliznę i na podłodze, sprawiło, że krew w moich żyłach dosłownie zawrzała.
Moje drogie, markowe body, które kosztowało tyle, co skórzane buty, leżało w kącie, umazane błotem i jedzeniem dla psa. Ale to nie było najgorsze.
Na pralce leżał przepiękny, kaszmirowy sweterek, który miał być pamiątką na chrzest. Był pocięty nożyczkami na nierówne kwadraty.
– Marta! – krzyknęłam, wychodząc z łazienki z pociętą dzianiną w ręku. – Co to ma być?! Dlaczego to jest zniszczone?
Marta weszła do przedpokoju, wycierając ręce w ścierkę. Spojrzała na pocięty kaszmir i ziewnęła.
– A, to... – powiedziała z rozbrajającą szczerością. – Zuzia ulała na rękaw i nie chciało mi się tego prać ręcznie, tak jak było na metce. Za dużo z tym zachodu. A że potrzebowałam miękkich ściereczek do wycierania buzi małej i kurzu z szafek, to pocięłam. Przecież i tak by z tego wyrosła, no nie?
Stałam tam, czując, jak nogi mi się uginają. To nie były tylko „szmatki”. To były godziny moich nadgodzin, to był mój wybór, by odmówić sobie wakacji, żeby jej dziecko miało coś wyjątkowego.
– Pocięłaś sweter za sześćset złotych na ścierki do kurzu? – wykrztusiłam. – Bo nie chciało ci się go wyprać?
– Nie bądź taka dramatyczna – fuknęła Marta. – Dałaś to w prezencie, więc jest moje. Mogę z tym robić, co chcę. Jak jesteś taka bogata, to kupisz jej nowe. Zresztą, te twoje „eko-wynalazki” są strasznie niepraktyczne. Zwykłe pajacyki z marketu są lepsze.
Wyszłam z jej mieszkania, nie mówiąc ani słowa. Nie potrafiłam. Czułam się tak, jakby to ona pocięła nożyczkami moją miłość i szacunek do niej.
Zrozumiałam, że Marta nie potrzebowała pomocy ani pięknych rzeczy. Ona potrzebowała kogoś, kogo mogłaby wykorzystać i czyją pracę mogłaby zlekceważyć, żeby poczuć się „panią sytuacji”. Przez lata ratowałam ją z długów, kupowałam prezenty i wspierałam, a ona właśnie pokazała mi, gdzie ma mój trud.
Dziś, gdy widzę zdjęcia małej Zuzi w tanich, poplamionych ubrankach z marketu, serce mi pęka. Ale nie kupię jej już nic więcej. Bo każda kolejna rzecz w rękach mojej siostry i tak wyląduje jako szmata do podłogi. Niektórych ludzi nie da się nauczyć wartości – nawet jeśli dostają ją w pięknym, prezentowym pudełku.
To też może cię zainteresować: Polska żegna legendę. Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Łzy Aleksandry Król-Walas na IO. Błąd popełniony na ostatnim fragmencie trasy kosztował ją wszystko