Dla wielu pozostaje ikoną polskiej piosenki z czasów PRL-u, artystką o niskim, rozpoznawalnym głosie i przebojach, które na stałe zapisały się w historii estrady. Z biegiem lat coraz wyraźniej wybrzmiewa jednak inny wymiar jej opowieści: dramatyczne doświadczenie depresji, próby samobójczej i przeżycia śmierci klinicznej, o których odważyła się mówić dopiero po długim czasie.

Moment graniczny, którego nie da się „ładnie” opowiedzieć

Rawik przyznawała w wywiadach, że jej depresja osiągnęła punkt krytyczny. Trafiła do szpitala w stanie ciężkim, a sytuacja była tak poważna, że w obiegu publicznym pojawiła się informacja o jej śmierci. Artystka wspominała nawet, że widziała nekrolog z własnym nazwiskiem, co stało się dla niej jednym z najbardziej przejmujących znaków tamtego czasu. W jej relacji nie ma jednak sensacji – jest chłodna świadomość, że życie wymknęło się spod kontroli, a granica między „jestem” i „nie ma mnie” przestała być abstrakcją.

„Wiem, co to jest śmierć kliniczna”

To zdanie powraca w jej wypowiedziach jak klamra, która porządkuje wspomnienia. Rawik mówiła, że doświadczyła śmierci klinicznej i że pamięta, jak została z niej „wyratowana”. W jej opowieści najważniejsze jest to, że tamten stan nie był metaforą ani duchową figurą. To było doświadczenie fizyczne i psychiczne, po którym człowiek nie wraca do siebie „tak po prostu”, nawet jeśli medycznie uznaje się go za uratowanego.

„Po tamtej stronie nie było tunelu”

W rozmowie z Przegląd Rawik odcinała się od popularnych wyobrażeń, które często towarzyszą historiom o granicy życia i śmierci. Podkreślała, że nie pamięta „oświetlonego tunelu” ani obrazów, które wiele osób przywołuje w podobnych relacjach. Ten fragment jej świadectwa działa mocno właśnie dlatego, że nie próbuje niczego upiększać ani dopasowywać do oczekiwań. Jest prostą, twardą relacją kogoś, kto przeżył i nie chce dorabiać do tego legendy.

Ratunek i świadomość, że ktoś zauważył

Rawik opowiadała, że została odnaleziona i uratowana dzięki temu, że nie pojawiła się na nagraniu. Zaniepokojenie, że „to do niej niepodobne”, uruchomiło reakcję, która w praktyce zdecydowała o jej losie. W jej wspomnieniach ważne jest właśnie to: nie wielkie hasła, nie dramatyczna puenta, tylko fakt, że ktoś potraktował jej nieobecność serio i zareagował natychmiast. W takich historiach często to drobny, zawodowy odruch innych osób staje się granicą pomiędzy tragedią a ocaleniem.

„Powrót” to nie jest jeden dzień

Po śmierci klinicznej życie nie składa się w całość automatycznie. Rawik sugerowała, że prawdziwym wyzwaniem był nie tylko sam epizod graniczny, lecz także to, co przyszło później: dochodzenie do siebie, porządkowanie codzienności i zmiana myślenia o własnych możliwościach oraz o własnej kruchości. Z jej wypowiedzi wybrzmiewa, że dopiero po latach znalazła gotowość, by wrócić do tych wspomnień i opisać je bez skrótów.

Stabilizacja zamiast presji i ciągłej walki

Po dramatycznym okresie artystka postanowiła skupić się na spokojniejszym rytmie życia. Nie oznaczało to zerwania z kulturą, ale raczej zmianę perspektywy. Zamiast pędu i napięcia pojawiła się potrzeba uporządkowania świata wokół siebie, odzyskania poczucia bezpieczeństwa i oddechu. To właśnie ten zwrot – od przetrwania do stabilizacji – wydaje się w jej historii najważniejszy.

Aktywność mimo wieku i ciężaru wspomnień

Dziś, mając 92 lata, Joanna Rawik wciąż pozostaje aktywna zawodowo. Prowadzi audycję radiową i pojawia się przy wydarzeniach muzycznych. Jej historia brzmi szczególnie mocno nie dlatego, że jest „niezwykła” w sensie sensacyjnym, lecz dlatego, że jest szczera: pokazuje, jak cienka bywa granica, jak trudny jest powrót i jak długo potrafi w człowieku pracować doświadczenie, które na chwilę odebrało mu życie.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Wyrzuciła mnie z domu w wieku szesnastu lat": Po latach wróciła, domagając się mojej pomocy

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: W lutym podaj to anturium. Szybko wypuści nowe kwiaty