Siedziałam na plastikowym krześle od czwartej rano, z kubkiem zimnej kawy w dłoni. Patrzyłam na drzwi z napisem OIOM tak długo, że litery zaczęły mi się zlewać w jedno, jakby ktoś je rozpuścił łzami.
Mój mąż leżał za tymi drzwiami. Podłączony do maszyn, w śpiączce farmakologicznej, z twarzą tak spokojną, jakby to wszystko było tylko długim snem. Lekarz powiedział mi wprost:
— Najbliższe godziny będą decydujące.
A ja… ja w tych godzinach miałam zostać żoną, nie księgową. Miałam modlić się, nie tłumaczyć. Miałam trzymać go za rękę, a nie pilnować, żeby nikt nie rozkradał jego życia, zanim ono się skończy.
Tylko że jego rodzina przyjechała jak na wesele. Całą grupą. Z torbami, z telefonami, z tym dziwnym ożywieniem, które nie pasuje do szpitala.
Pierwsza była teściowa. Weszła na korytarz, jakby to ona miała prawo do powietrza. Pocałowała mnie w policzek, ale tak, żeby to nie był pocałunek, tylko znak: jestem tu, pamiętaj.
— No… — westchnęła teatralnie. — To straszne. Straszne.
A potem jej wzrok prześlizgnął się po mnie jak skaner i zatrzymał na mojej torebce.
— Dokumenty masz? — zapytała, niby mimochodem.
— Jakie dokumenty? — uniosłam brwi.
— No… te wszystkie. Wiesz. Co trzeba, jakby… — urwała, ale już była w tym cała. — Żeby później nie było problemów.
Później.
Zrobiło mi się zimno, mimo że ogrzewanie w szpitalu chodziło na pełnej mocy.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, podeszli pozostali: szwagier z żoną, ciotka, jakiś kuzyn, którego widziałam raz na święta. Mówili o tym samym, tylko innymi słowami:
— Lekarz coś mówił?
— A ubezpieczenie?
— On ma jakieś kredyty?
— Dom jest na niego czy na was?
Stali w półokręgu, a ja w środku, jakbym była przesłuchiwana. Jakbym przyszła do szpitala nie jako żona, tylko jako ktoś podejrzany, kto może “kombinować”.
Teściowa usiadła obok mnie, za blisko.
— Słuchaj… — zaczęła ciszej. — My musimy porozmawiać o mieszkaniu.
Wtedy pierwszy raz poczułam, że coś we mnie pęka. Ale nie jak szybka. Jak lina, która trzymała mnie w pionie od miesięcy.
— O mieszkaniu? — powtórzyłam. — Teraz? Kiedy on…?
— No właśnie teraz — weszła mi w słowo. — Bo potem będzie płacz i chaos. A ja nie chcę chaosu.
Nie chce chaosu. W szpitalu, gdzie mój mąż walczył o oddech.
Szwagier odchrząknął.
— Mamo ma rację. Trzeba to poukładać. Żeby każdy wiedział, co jest czyje.
Każdy.
To słowo zabrzmiało jak plomba na trumnie, której jeszcze nikt nie zamknął.
Wstałam. Kolana miałam miękkie, ale stałam.
— On żyje — powiedziałam. Głos mi drżał, ale słowa wyszły czyste. — I dopóki żyje, nie będę rozmawiać o spadku.
Przez sekundę zapadła cisza, taka szpitalna — jakby nawet ściany słuchały.
Teściowa uśmiechnęła się bez ciepła.
— Oj, dziecko… nie bądź naiwna. Życie to nie bajka.
I wtedy przeszła samą siebie.
Wyjęła z torebki kopertę. Grubą, białą. Z notarialnym logo.
— Ja już byłam u notariusza — powiedziała, jakby mówiła o zakupach. — Wstępnie przygotowane. Tylko podpis.
Zrobiło mi się słabo. Naprawdę. Jakby ktoś wypchnął mi powietrze z płuc.
— Jakie “podpis”? — zapytałam, choć już wiedziałam.
— No… — teściowa wzruszyła ramionami. — Pełnomocnictwo. Żebym ja mogła… no wiesz… załatwiać sprawy. Bank, rachunki, mieszkanie. Ty jesteś… emocjonalna. Możesz czegoś nie dopilnować.
“Emocjonalna”. Bo siedziałam tu od rana, bo nie spałam, bo ręce mi się trzęsły ze strachu o człowieka, którego kocham.
— On jest na OIOM-ie. — Złapałam się oparcia krzesła, żeby nie usiąść na podłodze. — On nie może nic podpisać.
— Jak się obudzi, to podpisze — powiedziała spokojnie. — A jak się nie obudzi… — urwała, ale jej oczy dokończyły zdanie.
Szwagier nachylił się do teściowej.
— Mamo, może nie przy niej…
— A przy kim?! — syknęła nagle, tracąc tę udawaną łagodność. — To jest rodzina. To są nasze sprawy!
Nasze.
Nie “jego”. Nie “moje i jego”. Tylko “nasze”, czyli ich.
Poczułam coś gorącego pod żebrami. Złość, która przyszła jak ratunek, bo nie pozwalała mi się rozsypać.
— Ja też jestem rodziną — powiedziałam. — Jestem jego żoną.
— Żoną? — teściowa prychnęła. — Żony przychodzą i odchodzą. A matka jest jedna.
W tamtej chwili zrozumiałam, że ona już dawno mnie skreśliła. Że w jej głowie byłam tylko “tymczasowa”. Że teraz, kiedy poczuła, że może “odzyskać” syna na własność, ruszyła do ataku.
Kuzyn coś mruknął, ciotka spojrzała w bok, jakby nagle zainteresował ją automat z kawą. Nikt nie stanął po mojej stronie.
Teściowa pochyliła się i powiedziała półgłosem:
— Oddaj mi klucze do waszego mieszkania. Trzeba zabezpieczyć rzeczy. Dokumenty. Biżuterię. Żeby potem nie zginęło.
I wtedy dotarło do mnie, co ona robi. Nie “pomaga”. Ona przejmuje.
— Nie — odpowiedziałam.
— Słucham? — zmrużyła oczy.
— Powiedziałam: nie. — Tym razem głośniej. — Nie dostaniesz kluczy. Nie będziesz nic “zabezpieczać”. Nie będziesz chodzić po naszym domu.
Teściowa wstała gwałtownie.
— Ty myślisz, że ja ci pozwolę zabrać wszystko?! — syknęła, już bez maski.
To “zabrać” bolało najbardziej. Jakby ten dom, te lata, to życie było łupem.
— To jest mój mąż — powiedziałam, czując, że łzy cisną się do oczu, ale ich nie puściłam. — I to jest mój dom.
— Mój syn! — wydarła się, a echo poniosło po korytarzu.
Drzwi OIOM-u uchyliły się i wyszła pielęgniarka. Spojrzała na nas ostrzegawczo.
— Proszę ciszej. To jest oddział intensywnej terapii.
Teściowa natychmiast spokorniała na twarzy, jak aktorka, która słyszy “cięcie”.
— Oczywiście, przepraszamy — powiedziała słodko. A potem, kiedy pielęgniarka zniknęła, nachyliła się do mnie i wyszeptała: — Jeszcze zobaczymy.
Wtedy zrobiłam coś, czego nigdy nie planowałam, ale co przyszło do mnie jak instynkt. Wyciągnęłam telefon i włączyłam nagrywanie. Trzymałam go nisko, tak żeby nie widzieli. Nie po to, żeby robić “sensację”. Po to, żeby mieć dowód, gdyby zaczęli opowiadać wszystkim, że “ona oszalała”, “ona coś ukrywa”, “ona chce nas okraść”.
Teściowa znów wyjęła kopertę.
— Podpisze — powiedziała pewnym głosem, już do wszystkich, jakby ogłaszała wyrok. — A jak nie podpisze, to są inne sposoby.
— Jakie inne? — zapytałam cicho.
Uśmiechnęła się.
— Znam ludzi.
W moich uszach zabiło serce. Nagle zrozumiałam, że tu nie chodzi o emocje. Tu chodzi o przemoc — tę uśmiechniętą, rodzinną, w białych kopertach.
Następnego dnia wróciłam na OIOM sama, wcześniej. Poprosiłam lekarza dyżurnego o rozmowę. Mówiłam spokojnie, rzeczowo, jakby to dotyczyło kogoś innego. Powiedziałam, że rodzina naciska, że próbują wymuszać dokumenty, że proszę, by informacje o stanie męża przekazywano tylko mnie, jako osobie najbliższej. Lekarz spojrzał na mnie z tym zmęczonym współczuciem, które ludzie mają, gdy widzą cudzą tragedię w pakiecie.
— Rozumiem — powiedział. — Proszę się nie martwić, obowiązują procedury.
Procedury. Jedyna rzecz, która w tamtym momencie brzmiała jak bezpieczeństwo.
Wieczorem teściowa znów przyszła. Tym razem sama. Ubrana elegancko, z torebką, jakby szła do urzędu.
— Porozmawiamy? — zapytała spokojnie.
Widziałam, że gra inaczej.
— Słucham.
— Oddaj mi obrączkę — powiedziała nagle.
Zamarłam.
— Co?
— Jego obrączkę. — Jej głos był pewny. — Jak umrze, to powinna wrócić do rodziny. To pamiątka.
Pamiątka. Jeszcze oddychał, a ona już dzieliła go na przedmioty.
— On nie umarł — powiedziałam przez zęby.
— Ty się łudzisz — odparła. — A ja jestem realistką.
I wtedy, bez ostrzeżenia, wyciągnęła rękę do mojej dłoni. Jakby naprawdę chciała ją zdjąć ze mnie. Z mojej ręki. Tu, na korytarzu.
Odsunęłam się gwałtownie.
— Nie dotykaj mnie.
Patrzyła na mnie chwilę, a potem wysyczała:
— Jak on odejdzie, będziesz nikim.
To zdanie było tak okrutne, że aż poczułam, jak mi się robi ciepło w oczach. Ale zamiast płakać, zrobiłam krok bliżej.
— Jeśli on odejdzie — powiedziałam cicho — to ja zostanę kimś, kto go kochał. A ty zostaniesz kimś, kto liczył pieniądze, kiedy on walczył o życie.
Teściowa znieruchomiała. Zrobiła minę, jakby chciała mnie spoliczkować słowem, ale nie znalazła już nic, co by mnie złamało.
Bo ja w tamtej chwili już wiedziałam: strach o męża mnie nie unieważnia. Nie robi ze mnie słabszej. Robi ze mnie czujniejszą.
Odwróciłam się i poszłam do pielęgniarki. Poprosiłam o możliwość wejścia na chwilę, choćby na minutę. Dostałam fartuch, czepek, maskę. Kiedy weszłam do sali, dźwięk maszyn był jedyną muzyką świata.
Podeszłam do łóżka.
Wzięłam męża za rękę. Była ciepła. Żywa.
— Słyszysz mnie? — wyszeptałam. — Twoi… już dzielą twoje życie. Ale ja tu jestem. I nie pozwolę.
Nie wiem, czy mnie słyszał. Ale ja musiałam to powiedzieć, bo inaczej pękłabym od środka.
Kiedy wyszłam na korytarz, teściowej już nie było. Została tylko cisza i mój telefon z nagraniem, które wciąż świeciło w pamięci jak czerwone światło: dowód na to, jak nisko potrafi zejść człowiek, kiedy czuje zapach cudzej słabości.
Tamtej nocy nie spałam. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na miasto. Myślałam o tym, że są dwie tragedie: ta, która dzieje się na OIOM-ie, i ta druga — cicha, rodzinna, w której ktoś próbuje ci wyrwać z rąk resztki godności, bo “tak trzeba”.
I wtedy obiecałam sobie jedno:
Jeśli on przeżyje, będę walczyć o nasze życie podwójnie.
Jeśli nie przeżyje… będę walczyć o jego pamięć.
Bo jego krewni mogli omawiać spadek, ile chcieli.
Ale ja byłam ostatnią osobą, która wciąż mówiła o nim jak o człowieku — nie jak o majątku.
To też może cię zainteresować: Wybrano "Człowieka Roku 2025". Zaskakujące miejsce Karola Nawrockiego
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Paraliż w gminie Grunwald. Mieszkańcy odcięci od dostaw i opieki medycznej