Stałam z dziećmi na przystanku i patrzyłam, jak wsiada do autobusu z jedną walizką i tysiącem obietnic.

– To tylko na chwilę – powiedział. – Pojadę, zarobię, spłacimy długi. Wrócę i zaczniemy od nowa.

Wierzyłam mu. Musiałam wierzyć. Kredyt za mieszkanie dusił nas jak zaciśnięta pięść, rachunki rosły szybciej niż nasze dochody. On mówił o zagranicy jak o ratunku. O szansie. O przyszłości dla dzieci.

Pierwsze miesiące były trudne, ale dzwonił codziennie. Opowiadał o pracy na budowie, o zmęczeniu, o baraku, w którym mieszkał z innymi mężczyznami. Przelewał pieniądze. Niedużo, ale wystarczało, żeby zapłacić ratę i kupić dzieciom nowe buty na zimę.

Potem telefony stały się rzadsze.

– Dużo pracy – tłumaczył. – Nadgodziny. Muszę wykorzystać okazję.

W tle zaczęłam słyszeć inne dźwięki. Nie echo pustego pokoju, tylko czyjś śmiech. Kobiecy. Dziecięcy.

Zapytałam wprost.

– Kto tam jest?

– Przesadzasz – odpowiedział chłodno. – Wynajmuję pokój u rodziny. Taniej wychodzi.

Chciałam wierzyć. Znowu.

Któregoś dnia przelał mniej niż zwykle. Następnego miesiąca – jeszcze mniej. A potem przestał przelewać wcale.

Za to w mediach społecznościowych zobaczyłam zdjęcie. Stał na nim w ogrodzie, w letniej koszuli, uśmiechnięty. Obok niego kobieta z jasnymi włosami. Między nimi mała dziewczynka trzymająca go za rękę.

Podpis: „Mój świat”.

Mój świat.

Siedziałam przy kuchennym stole, a przede mną leżały niezapłacone rachunki. Dzieci odrabiały lekcje w drugim pokoju. Syn zapytał:

– Mamo, kiedy tata wróci?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Że tata znalazł nowy świat? Że w tamtym świecie nie ma miejsca na nasze długi, na nasze stare meble, na dzieci, które tęsknią?

Zadzwoniłam do niego.

– To prawda? – zapytałam bez wstępów.

Milczał długo.

– Nie planowałem tego – powiedział w końcu. – Tak wyszło. Tu jest inaczej. Lżej.

Lżej.

Bo nie ma kredytu? Bo nie ma dzieci, które budzą w nocy z gorączką? Bo nie ma żony, która pamięta, jak obiecywał „na dobre i na złe”?

– A my? – wyszeptałam.

– Poradzisz sobie. Zawsze byłaś silna.

Tak łatwo powiedzieć „poradzisz sobie”, kiedy to nie ty zostajesz z komornikiem pukającym do drzwi.

Zostałam z dwójką dzieci i długami, które nagle stały się tylko moje. Zostałam z pytaniami, na które nie umiałam odpowiedzieć. Zostałam z wstydem, który palił mnie od środka, gdy sąsiadki patrzyły współczująco.

Wieczorami siedziałam przy stole i liczyłam każdy grosz. Zrezygnowałam z abonamentu, sprzedałam biżuterię, wzięłam dodatkowe zmiany. Zmęczenie stało się moją codziennością.

Pewnej nocy syn przyszedł do mnie cicho.

– Mamo, czy tata nas już nie kocha?

Przytuliłam go tak mocno, jakby ktoś próbował mi go odebrać.

– To nie wasza wina – powiedziałam, choć głos mi drżał.

Minęły miesiące. Przestałam czekać na przelewy. Przestałam sprawdzać jego profil. Zrozumiałam, że człowiek, który miał wrócić jako wybawca, odszedł jak ktoś obcy.

On znalazł nową rodzinę.

Ja znalazłam w sobie coś, o czym nie wiedziałam – upór, który nie pozwolił mi się rozpaść.

Długi wciąż wiszą nade mną jak cień. Dzieci wciąż pytają. A ja każdego dnia wstaję i walczę, choć nikt nie obiecał mi już, że będzie łatwiej.

Bo jeśli ktoś ma być dla nich światem, to będę nim ja.

Nawet jeśli ten świat muszę budować sama, na gruzach cudzego „lepiej”.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Dostałam wysoką emeryturę, a dzieci od razu chciały mnie naciągnąć": Nie dam im już ani złotówki

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Od 1 marca wyższe emerytury. ZUS podnosi świadczenia