Marek stał w przedpokoju, ubrany w kurtkę, z kluczykami w dłoni. Nie krzyczał. Ta cisza była o wiele gorsza od jakiejkolwiek awantury, którą odbyliśmy przez ostatnie dwa lata.

– Marek, proszę cię, odłóż to. Porozmawiajmy – błagałam, czując, jak dławią mnie łzy.

Spojrzał na mnie z mieszanką bólu i absolutnego wyczerpania. Potem przeniósł wzrok na uchylone drzwi kuchni, skąd dobiegał dźwięk telewizora i głos mojej matki, która jak zwykle głośno komentowała wiadomości.

– Nie ma już o czym rozmawiać, Ewa. Wybrałaś. Każdego dnia wybierasz ją, jej humory, jej wtrącanie się do naszych spraw i jej wieczne pretensje. Ja w tym domu przestałem być mężem, a stałem się intruzem we własnej sypialni.

Kiedy dwa lata temu moja mama, pani Halina, wprowadziła się do nas „na chwilę” po swoim rzekomym załamaniu nerwowym, obiecałam Markowi, że to sytuacja przejściowa. Ale mama szybko urządziła się w naszym życiu jak w twierdzy. Zaczęła od przestawiania talerzy w kuchni, a skończyła na decydowaniu, na co wydajemy pieniądze i jak wychowujemy psa.

Marek znosił to dzielnie. Przez rok zaciskał zęby, gdy matka krytykowała jego pracę, jego hobby, a nawet to, jak parzy kawę. Ale kropla drąży skałę. Nasze życie intymne przestało istnieć, bo „mama może usłyszeć”. Nasze rozmowy kończyły się szeptem, bo „mama zaraz wejdzie i będzie dopytywać”.

– Marek, ona jest starsza, nie ma nikogo oprócz mnie! – krzyknęłam, próbując chwycić go za rękaw.

– Ma rodzeństwo, ma swoje mieszkanie, które wynajmuje, żeby mieć na luksusy. Ona ma wszystko, Ewa. To ty nie masz nic, bo oddałaś jej nasze małżeństwo – odsunął się gwałtownie. – Słuchaj mnie uważnie, bo powiem to tylko raz. Jadę do brata. Masz mój numer, ale nie dzwoń, żeby pytać, co u mnie. Zadźwoń tylko wtedy, gdy ta kobieta zniknie z naszego domu. Na stałe.

W tym momencie mama wyszła z kuchni, trzymając w ręku szklankę herbaty. Spojrzała na Marka z triumfalnym uśmiechem, którego on już nie widział, bo odwrócił się do drzwi.

– No i widzisz, jaki on jest agresywny? – syknęła, gdy tylko zamek szczęknął. – Dobrze, że poszedł. Teraz w końcu będziemy miały spokój, córeczko. Zrobimy sobie wieczór z filmem, co?

Poczułam, jak narasta we mnie lodowata wściekłość. Patrzyłam na kobietę, która zniszczyła moje życie, a teraz oferowała mi herbatę i „wieczór z filmem”. Marek nie kłamał. On wyszedł, bo ja nie miałam odwagi wystawić za drzwi osoby, która systematycznie nas zatruwała.

Zostałam w pustym przedpokoju, patrząc na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu stały jego buty. Wiedziałam jedno: jeśli jutro mama nie spakuje swoich rzeczy, Marek już nigdy nie otworzy tych drzwi swoim kluczem. Stałam przed wyborem, który wydawał się niemożliwy, a jednak był jedyną drogą do ratunku. Albo zostanę „dobrą córeczką” w martwym domu, albo w końcu stanę się żoną, która potrafi walczyć o swoje szczęście.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Nie jestem nianią na zawołanie": Dlaczego po 60. wybrałam samotność zamiast rozwiązywania cudzych problemów

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: ZUS podnosi renty. Ponad milion osób dostanie więcej pieniędzy