— Sprzedam mieszkanie i pójdę do domu opieki — oznajmiłam, kiedy córka stała w mojej kuchni z rękami założonymi na piersi. — I nie zamierzam ci pomagać.

Jej twarz stężała. Jakby na moment zapomniała, że ja też potrafię powiedzieć „nie”.

— Żartujesz? — prychnęła. — Mamo, co ty wygadujesz?

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na stół, na ten sam obrus, który prasowałam przed jej urodzinami, przed świętami, przed wizytami, na które zawsze musiało być „ładnie”. A ja przez lata robiłam „ładnie” nie tylko na stole. W całym naszym życiu.

Bo tak mnie nauczono: matka ma się poświęcać, a dzieci mają brać. Najpierw nieśmiało, potem pewnie.

Zaczęło się od drobiazgów. „Mamo, możesz pożyczyć?” „Mamo, przypilnujesz dzieci?” „Mamo, zawieź mnie, bo nie mam czasu.” Wchodziła do mojego mieszkania jak do własnego. Przestawiała rzeczy. Wyrzucała to, co jej się nie podobało. Kiedyś nawet powiedziała:

— Po co ci to wszystko? Przecież i tak kiedyś będzie moje.

To zdanie siedziało we mnie jak kolec. Bo ono brzmiało nie jak żart, tylko jak plan.

Gdy urodziły się wnuki, stałam się „funkcją”. Babcia od wszystkiego: od odbierania, od gotowania, od ratowania. Miałam klucz do ich mieszkania i oni do mojego. Tylko że mój klucz był zaufaniem, a ich klucz stał się narzędziem.

Przez lata usprawiedliwiałam ją przed sobą: że zmęczona, że praca, że dzieci, że życie. Aż pewnego dnia zrozumiałam, że to nie jest chwilowe. To jest układ. I ja w tym układzie jestem tylko zasobem.

Ostatnia kropla spadła miesiąc temu.

Leżałam w łóżku z gorączką, trzęsłam się z zimna. Zadzwoniłam do córki pierwszy raz od dawna z prośbą, nie z ofertą.

— Mogłabyś mi kupić leki? — zapytałam cicho. — Nie dam rady zejść do apteki.

Westchnęła ciężko.

— Mamo, serio? Ja mam dzieci na głowie. Zamów sobie dostawę.

— Nie umiem… — zaczęłam.

— No to się naucz — ucięła. — W twoim wieku trzeba być samodzielnym.

W twoim wieku.

To było zabawne, bo „w moim wieku” byłam dość dobra, żeby opiekować się wnukami, gotować obiady, płacić rachunki, pożyczać pieniądze i „w razie czego” być na każde zawołanie. Ale „w moim wieku” nie byłam warta tego, żeby ktoś przyniósł mi lekarstwa.

Odłożyłam wtedy telefon i poczułam coś, czego wcześniej nie dopuszczałam: pustkę po miłości, która nie wraca.

Przestałam dzwonić. Przestałam się tłumaczyć. Zaczęłam liczyć.

Mieszkanie — moje jedyne zabezpieczenie. Jedyna rzecz, której nie mogła mi odebrać, jeśli sama jej jej nie oddam.

I tak dziś, gdy stała w mojej kuchni i mówiła:

— Musisz mi pomóc. Nie ogarniam. Potrzebuję, żebyś sprzedała mieszkanie i dała mi pieniądze, bo chcemy większe…

…ja zobaczyłam, że to już nie jest prośba. To jest roszczenie.

— Nie sprzedam, żebyś ty miała wygodniej — powiedziałam spokojnie. — Sprzedam, żeby mieć opiekę. Żeby nie umrzeć sama w mieszkaniu, kiedy następnym razem dostanę gorączki, a ty powiesz mi, żebym „zamówiła dostawę”.

Córka otworzyła usta, ale przez moment nie miała głosu.

— Ty… ty mi to wypominasz? — zapytała w końcu. — Przecież ja mam życie!

Uśmiechnęłam się smutno.

— A ja? — zapytałam. — Ja nie mam?

Jej oczy zrobiły się ostre.

— Chcesz oddać wszystko obcym ludziom? — krzyknęła. — Dom opieki?! Po co? Przecież ja bym się tobą zajęła.

I wtedy, w tej jednej chwili, zobaczyłam jej kłamstwo jak na dłoni. Nie dlatego, że była zła. Tylko dlatego, że powiedziała to dopiero wtedy, gdy poczuła, że traci kontrolę nad mieszkaniem.

— Nie — odpowiedziałam. — Ty byś się zajęła moim mieszkaniem. Nie mną.

Zrobiła krok do przodu, jakby chciała mnie zastraszyć.

— Jesteś okrutna — syknęła. — Jaka matka tak robi?

Zabolało mnie to, bo całe życie starałam się być „dobrą matką”. Taką, o której nie mówi się źle. Taką, która daje, nawet gdy nie ma.

Ale w końcu powiedziałam prawdę, której bałam się najbardziej:

— Jaka córka tak robi? — odparłam cicho. — Taka, która uważa, że matka jest tylko przedłużeniem jej wygody.

Zapadła cisza. Słyszałam tykanie zegara. Moje serce biło spokojnie, jakby wreszcie przestało walczyć.

Córka spojrzała na mnie z niedowierzaniem, a potem z pogardą.

— To pamiętaj — powiedziała. — Jak pójdziesz do domu opieki, to nie licz na mnie.

To zdanie miało mnie złamać. Wbić mi poczucie winy jak gwóźdź.

A ja… ja poczułam ulgę. Straszną ulgę.

Bo przez lata żyłam tak, jakby jej „licz na mnie” miało kiedyś nadejść. A ono nigdy nie przyszło.

— Dobrze — odpowiedziałam. — Ja już i tak nie liczę.

Wyszła, trzaskając drzwiami. W mieszkaniu zrobiło się cicho. Przeszłam do okna i patrzyłam na ulicę, na ludzi, którzy wchodzili do sklepów, wracali z pracy, rozmawiali przez telefony. Normalność.

U mnie normalność skończyła się dawno temu — wtedy, gdy zaczęłam mylić miłość z obowiązkiem.

Sprzedam mieszkanie. I pójdę do domu opieki.

Nie dlatego, że nie kocham córki.

Tylko dlatego, że pierwszy raz w życiu postanowiłam kochać też siebie — wystarczająco, by nie oddać ostatniego bezpieczeństwa komuś, kto widzi we mnie tylko narzędzie.

To też może cię zainteresować: Te znaki zodiaku nie dają się zwieść urodzie. Liczy się coś ważniejszego

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Stan zdrowia Kaczyńskiego tematem rozmów. Prezydent nawiązał kontakt z prezesem PiS