Zupa już wystygła, świeczka dopalała się na stole, a w mieszkaniu było cicho — pierwszy raz od wielu dni, bo jego młodszy brat zasnął w pokoju obok.
Mój chłopak wyglądał na zmęczonego, jak zawsze. Odkąd ich rodzice zginęli, jakby ktoś zdjął z niego młodość i włożył w niego cudze życie. Miał dwadzieścia kilka lat, a w oczach człowieka po czterdziestce: nieustanną czujność, zmęczenie i tę twardość, którą daje odpowiedzialność, której nie wybiera się dobrowolnie.
— Przepraszam, że znowu tak wyszło — powiedział cicho. — Wiem, że obiecałem kino.
— Zawsze obiecujesz — odpowiedziałam. I sama usłyszałam, jak ostro to zabrzmiało.
Wzruszył ramionami, jakby już nie miał w sobie siły na tłumaczenie. To mnie doprowadzało do szału. Że on był w tym wszystkim taki… dobry. Taki poprawny. Taki „bo trzeba”.
A ja czułam się jak dodatek do ich tragedii.
Przez miesiące udawałam, że rozumiem. Że jestem cierpliwa. Że to przejściowe. Kupowałam mu jedzenie, kiedy nie miał czasu. Pomagałam w lekcjach małego, kiedy utknęliśmy przy zadaniach. Uśmiechałam się do nauczycieli, kiedy ktoś mówił „jaki on dzielny”.
A w środku rosła we mnie zazdrość. Wstydliwa. Brzydka.
Zazdrość o dziecko, które nie miało już nikogo poza nim.
W pewnym momencie przestałam widzieć w tym „dziecko”. Zaczęłam widzieć przeszkodę. I dziś, kiedy świeczka dogasała, a cisza w mieszkaniu była tak krucha, że bałam się oddychać, powiedziałam w końcu to, co chodziło mi po głowie od dawna.
— Nie mogę tak dłużej — oznajmiłam.
Podniósł wzrok.
— Co masz na myśli?
— To wszystko… — machnęłam ręką w stronę zamkniętych drzwi pokoju. — Ja cię nie mam. My nie mamy. Nie ma nas. Jest tylko on, szkoła, lekarze, zakupy, obowiązki. Jesteś… ojcem. Nie partnerem.
Zbladł.
— To mój brat — powiedział cicho.
— Wiem! — wybuchłam. — Ale ja też jestem człowiekiem! Też mam potrzeby. Też chcę życia. Normalnego życia!
Wstałam i zaczęłam chodzić po kuchni, jakby ruch mógł mi pomóc utrzymać kontrolę nad emocjami.
— Ciągle jesteśmy na drugim miejscu — mówiłam coraz szybciej. — Wszystko jest podporządkowane jemu. Gdzie my w tym jesteśmy?
On milczał. To milczenie zawsze mnie doprowadzało do szału, bo brzmiało jak wyrok, zanim padnie.
— Musisz wybrać — powiedziałam w końcu. Sama nie wierzyłam, że to wypowiadam, ale słowa już poleciały. — Albo on, albo ja.
Cisza zrobiła się tak gęsta, że aż bolały uszy. Z pokoju obok dobiegł cichy oddech dziecka.
Mój chłopak wstał powoli. Nie krzyczał. Nie rzucił talerzem. Po prostu podszedł do okna, jakby musiał złapać tlen. Potem odwrócił się do mnie.
— To nie jest wybór — powiedział. — To jest mój obowiązek.
— Obowiązek?! — prychnęłam. — Ty nie jesteś jego ojcem!
I wtedy spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy naprawdę.
— A kto ma nim być? — zapytał cicho. — Trumna?
Zamarłam. W jednej sekundzie dotarło do mnie, jak okrutnie zabrzmiały moje słowa. Ale wstyd szybko zamienił się w upór.
— Nie możesz poświęcić całego życia dla niego — wyszeptałam. — Masz prawo do szczęścia.
— Mam — odpowiedział. — Tylko że moje szczęście nie może kosztować jego życia.
Podszedł do drzwi pokoju brata. Otworzył je minimalnie, zajrzał do środka. Jak zawsze. Sprawdzająco. Ochronnie. Potem zamknął i wrócił.
— Jeśli naprawdę każesz mi wybierać — powiedział spokojnie — to wybieram jego.
Myślałam, że nie usłyszałam.
— Co?
— Wybieram jego — powtórzył. — Bo on jest dzieckiem. Bo stracił rodziców. Bo kiedy zasypia, wciąż czasem płacze. I bo jeśli ja go zostawię, to już nikt nie zostanie.
Poczułam, jak coś we mnie opada. Jakby z całego mojego gniewu nagle została tylko pustka.
— A ja? — zapytałam głupio, jak mała dziewczynka. — Ja też cię potrzebuję.
— Wiem — powiedział cicho. — Ale ty jesteś dorosła. Przeżyjesz. A on… on dopiero uczy się oddychać bez mamy.
Łzy napłynęły mi do oczu, ale to nie były łzy tylko z bólu. To były łzy z przerażenia, bo nagle zobaczyłam siebie w lustrze jego słów: jako ktoś, kto chciał zabrać dziecku ostatnią bezpieczną osobę.
— Nie sądziłam, że mnie nie wybierzesz — wyszeptałam.
Uśmiechnął się smutno.
— Ja też nie sądziłem, że postawisz mnie w takiej sytuacji.
Zebrałam torebkę, kurtkę, telefon. Ręce mi drżały tak, że ledwo trafiłam w rękawy. Wyszłam cicho, żeby nie obudzić jego brata. Ironia: ostatnia rzecz, jaką zrobiłam w tym domu, była troską o to dziecko.
Na klatce schodowej usiadłam na stopniu i rozpłakałam się naprawdę. Nie tak, jak płacze się po kłótni. Płakałam, bo dotarło do mnie, że przegrałam nie z „rywalem”.
Przegrałam z tragedią.
A on… on nie wybrał przeciwko mnie z nienawiści. On wybrał dobro dziecka, bo miał w sobie coś, czego ja w tamtej chwili nie miałam: kręgosłup.
Najbardziej dramatyczne było to, że kiedy zamknęły się za mną drzwi, zrozumiałam, że straciłam nie tylko chłopaka.
Straciłam też własne złudzenia o sobie.
To też może cię zainteresować:
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: