Stała na klatce schodowej w kapciach, z rozmazanym tuszem pod oczami. W jednej ręce trzymała telefon, w drugiej pogniecioną kartkę z jakimiś wyliczeniami.
— Błagam… — wyszeptała. — Ja nie mam do kogo pójść. Jak nie wpłacę do końca tygodnia, to mi to wszystko się zawali. Oddam ci co do złotówki. Przysięgam.
Znam ją od lat. Sąsiadka z naprzeciwka. Kiedyś przyniosła mi rosół, jak chorowałam. Kiedyś przypilnowała paczki od kuriera. Normalna kobieta, normalne życie. Więc wpuściłam ją do mieszkania, zrobiłam herbatę i poszłam do szuflady, gdzie trzymałam oszczędności „na czarną godzinę”.
To była moja czarna godzina. Tylko że wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
Zrobiliśmy przelew na miejscu. Mam w telefonie do dziś: 20 000 zł, tytuł „pożyczka”. Ona płakała, ściskała mi ręce, powtarzała:
— Nie zapomnę ci tego. Nigdy.
Przez pierwszy miesiąc byłam spokojna. Nawet czułam dumę, że potrafiłam pomóc. Że nie jestem tylko „panią z trzeciego piętra”, tylko człowiekiem, na którym można polegać.
Potem zaczął się jej zanik.
Najpierw „jestem w biegu”.
Potem „oddzwonię wieczorem”.
Potem „mam ciężki czas”.
Aż w końcu… cisza.
Za każdym razem, gdy wracałam z pracy i mijałam jej drzwi, słyszałam śmiech, telewizor, czasem muzykę. Życie toczyło się u niej normalnie. Tylko ja miałam wrażenie, że stoję pod zamkniętym okienkiem, z ręką wyciągniętą po coś, co mi się należy.
Kiedy minęły trzy miesiące, napisałam wprost:
— Hej, potrzebuję ustalić spłatę. Choćby raty. Powiedz, ile możesz co miesiąc.
Odpisała po dwóch dniach:
— Kochana, przestań naciskać, bo mnie stresujesz. Wiesz, ile mam na głowie.
To zdanie mnie zmroziło. Bo ono nie brzmiało jak prośba. Ono brzmiało jak odwrócenie ról: jakby to ja była problemem, a nie dług.
Tydzień później spotkałam ją pod blokiem. Pachniała nowymi perfumami, miała świeżo zrobione paznokcie i torbę z drogim logo. Uśmiechnęła się tak lekko, jakbyśmy rozmawiały o pogodzie.
— O, hej! Co tam? — rzuciła.
Patrzyłam na nią i czułam, jak we mnie rośnie coś ostrego.
— A kiedy oddasz mi pieniądze? — zapytałam spokojnie.
Jej twarz stężała na sekundę.
— Serio? Teraz? Na ulicy? — prychnęła. — Nie rób scen.
Scena. Oczywiście. Zawsze, kiedy ktoś nie chce oddać, to nagle prawda staje się „sceną”.
Wróciłam do domu i pierwszy raz w życiu poczułam, że mam ochotę zrobić coś brzydkiego. Coś, czego się wstydzi „porządna kobieta”. Bo porządna kobieta ma milczeć, być wyrozumiała, nie psuć atmosfery na klatce.
Tylko że ja przestałam być wyrozumiała, kiedy bank zabrał mi odsetki za spóźnioną ratę, bo te dwadzieścia tysięcy miało być moją poduszką bezpieczeństwa. A bez tej poduszki zaczęłam spadać.
Tego samego wieczoru usiadłam przy stole jak do wojny — nie z pięściami, tylko z papierami.
Wyciągnęłam potwierdzenie przelewu. Zrzuty ekranu z jej wiadomości: „oddaję”, „przysięgam”, „do końca miesiąca”. Wszystko. Wydrukowałam. Poukładałam. Jak dowody.
Następnego dnia wysłałam do niej wezwanie do zapłaty listem poleconym. Krótkie, konkretne: kwota, termin, numer konta. Zero emocji. Tylko fakty.
Po dwóch dniach zadzwoniła.
— Zwariowałaś?! — krzyczała. — Jakie wezwanie?! Chcesz mnie ośmieszyć?!
— Chcę swoje pieniądze — odpowiedziałam.
— Nie mam teraz! — wrzasnęła. — Zrozum!
— Rozumiem doskonale — powiedziałam cicho. — Dlatego dałam ci czas. A ty dałaś mi ciszę.
Odłożyła słuchawkę.
I wtedy zaczęła się jej druga strategia: robić ze mnie potwora.
Na klatce schodowej słyszałam szepty. „Ona ją gnębi.” „Wiesz, podobno ma problemy.” „Jak można ciągnąć sąsiadkę do sądu?”
Śmiałam się gorzko. Bo to ja miałam problemy: z pieniędzmi, z bezsennością, z sercem, które waliło za każdym razem, gdy ktoś pukał do drzwi. Ale w tej historii łatwiej było współczuć dłużniczce niż wierzycielce.
Wtedy przyszła okazja, której nie planowałam. I właśnie wtedy narobiłam jej tego wstydu, o którym mówisz — bo ona sama postawiła się na środku placu.
Było zebranie wspólnoty. To takie miejsce, gdzie ludzie zwykle walczą o śmietniki i miejsca parkingowe, a nie o prawdę. Przyszła cała klatka. Przyszła też ona. Ubrana elegancko, z miną kobiety, która ma wszystko pod kontrolą.
I nagle wstała.
— Ja chciałam tylko powiedzieć, że jeśli ktoś ma problem ze mną… — zaczęła głośno, patrząc w moją stronę. — To proszę przy wszystkich, bo ja nie pozwolę na nękanie. Są ludzie, którzy nie mają serca.
Czułam, jak wszyscy patrzą na mnie. Jakbym to ja była winna. Jakbym komuś zabrała coś siłą.
Wstałam powoli. Serce mi waliło, ale w głowie miałam już tylko jedno: dość.
— Skoro już o tym mówimy przy wszystkich — powiedziałam spokojnie. — To ja też przy wszystkich zapytam: kiedy oddasz mi dwadzieścia tysięcy, które ci pożyczyłam? Przelew był z tytułem „pożyczka”. Mam potwierdzenie. Mam twoje wiadomości z obietnicami. Minęło pół roku.
W sali zapadła cisza tak gęsta, że aż ktoś odchrząknął.
Ona zbladła. Naprawdę. Nie „oburzyła się” od razu. Najpierw zamarła, jakby nie przewidziała, że ja odpowiem faktami, a nie wstydem.
— Ty… ty… — jąkała się. — To są prywatne sprawy!
— Prywatne? — powtórzyłam. — To czemu sama je wyciągnęłaś na zebranie? Ja milczałam. To ty powiedziałaś „nękanie”. Więc ja mówię: to nie nękanie. To dług.
Ktoś z tyłu mruknął:
— Dwudziestu tysięcy to nie są drobne…
Ktoś inny:
— I ona jeszcze robi ofiarę?
Widziałam, jak syn sąsiadki z czwartego piętra patrzy na nią z szeroko otwartymi oczami. Jak jej znajoma, która wcześniej z nią szeptała, nagle odsuwa się o pół kroku. To było jak teatr, w którym nagle spada kurtyna, a pod spodem widać scenografię z tektury.
Ona próbowała się ratować.
— Ja… ja oddam. Tylko ona jest agresywna! — powiedziała, a głos jej pękł.
— Ja nie jestem agresywna — odpowiedziałam. — Ja jestem konsekwentna. I właśnie dlatego nie zapomnisz o długu. Bo wstyd, który dziś poczułaś, to nie moja satysfakcja. To twoja odpowiedzialność.
Nie krzyczałam. Nie obrażałam. Nie użyłam żadnego brzydkiego słowa. A mimo to widziałam, że to ją boli bardziej niż krzyk — bo nie miała się do czego przyczepić.
Po zebraniu dogoniła mnie na schodach. Szeptała wściekle:
— Co ty zrobiłaś?! Wszyscy teraz będą gadać!
Odwróciłam się i spojrzałam jej prosto w oczy.
— Tak. Będą gadać. Tak jak ja gadałam sama do ścian, kiedy nie odbierałaś telefonu. I tak jak ty gadałaś o mnie, że cię „nękam”. Widzisz? Teraz przynajmniej wszyscy znają prawdę.
Dwa dni później dostałam pierwszy przelew: 1000 zł. Potem kolejny. I kolejny. Małe kwoty, ale regularne. Nagle dało się. Nagle „z głową” znalazły się raty.
Nie powiem, że wygrałam i było pięknie. Bo na klatce zrobiło się chłodniej. Ona przestała mówić „dzień dobry”. Ludzie zaczęli patrzeć inaczej.
Ale ja wreszcie przestałam się bać, że wyjdę na tą „złą”.
Bo prawda jest taka: ja nie poszłam na wojnę, żeby ją upokorzyć.
Ja poszłam na wojnę, bo ktoś pomylił moją dobroć z naiwnością.
A są długi, które trzeba przypomnieć tak głośno, żeby dotarły — nie tylko do dłużnika, ale do całego świata, który lubi bronić tych, co biorą, i uciszać tych, co chcą odzyskać swoje.
I jeśli ona ma zapamiętać coś do końca życia, to nie mój „wstyd”.
Tylko to, że pieniądze można pożyczyć, ale zaufania już się nie oddaje tak łatwo.
To też może cię zainteresować: Tak Lewandowski skomentował mecz Barcelony. Jego słowa poniosły się po sieci
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Irena Santor o trudnym doświadczeniu. Poruszające słowa gwiazdy o chorobie